Wiza do Chin - jak nie pojechałam

Więcej szczęścia niż rozumu, czyli krótka historia o tym, jak nie pojechałam do Chin

Plan był taki, że w ten weekend napiszę o swoim wyjeździe do Szangaju (i tym samym zapoczątkuję serię podrózniczyc wpisów na blogu). Zamiast tego opowiem Wam, jaka ze mnie gapa, jak los nade mną czuwa i czego możecie się nauczyć z mojej wtopy.

Od razu wyjaśniam, że przyczyną nie był koronawirus 2019-nCoV – stąd w tytule więcej szczęścia niż rozumu. Doniesienia o epidemii śledzilam mniej więcej do środy, wyjazd był w piątek, a jak później zaczęłam doczytywać, co tam się dzieje, to wyszło na to, że wszystko eskalowało właśnie jakoś środa-piątek.

Lot miałam popołudniu, rano jeszcze rozmawiałam z mamą przez telefon. Pytała, czy nie przemyślę może jeszcze wyjazdu, strach jechać, wirus… Zażartowałam coś o tym, że jestem dobrze ubezpieczona, więc dla nich to sytuacja win-win: przeżyję, to przywiozę pamiątki; nie przeżyję, to dostaną kasę z polisy.

Dobrze czytacie: zamierzałam lecieć w Chiński Nowy Rok do Szanghaju, podczas gdy zaczęli wszystko zamykać, bo koronawirus. Ale ja o tym nie wiedziałam, bo po co czytać na bieżąco wszystko, co się dzieje w miejscu, do którego jadę…

Zdążyłam nawet napisać o tym na Facebooku i Instagramie

 

View this post on Instagram

 

Komu w drogę, temu #rozmówki 🤓 #chiński #mandaryński #lingwoholik #ligwoholiknaurlopie #lingwoholikwpodróży

A post shared by Kamila (@lingwoholik.pl) on

Tu jeszcze dorzucę wątek poboczny, ale ładnie malujący obraz mnie jako Gapy Dekady: 25.01 miałam lądować wieczorem, a więc przegapiłabym największe atrakcje związane z obchodami końca poprzedniego i początku nowego roku księżycowego. Zorientowałam się parę tygodni po kupieniu biletów, ale od razu sobie zracjonalizowałam, że na pewno tak w końcu wybrałam z terminami, bo było taniej/bo mniej urlopu potrzebne/bo lepsze połączenie. Racjonalizacja i stoicki spokój, tylko to nas uratuje!

Spakowana pojechałam na lotnisko Chopina i tu przechodzimy do Aktu II: Wiza do Chin

Przychodzi Kamila na lotnisko, a tam wiza do Chin jest wymagana… I to nie jest żart. Okazuje się, że bez wizy nie polecicie na ładne oczy. Wydaje się, że to oczywista sprawa? Ja się mocno zdziwiłam. Zatrzepotałam rzęsami i wydusiłam z siebie jakże inteligentne „Ale jak to?”.

Panie z Lufthansy bardzo zaangażowały się w pomoc gapciowi i przez prawie 2 godziny kombinowały, czy może da się mnie podciągnąć pod wizę tranzytową albo coś innego wykombinować. Nie dało się, więc wróciłam do domku i grzecznie rozpakowałam walizkę. The end, jeśli chodzi o wyjazd.

Akt III: Kamila siada czytać, co tam w Wuhan i reszcie Chin

Jedna z pań z Lufthansy na odchodne powiedziała mi, że może to palec boży, nie ma się co tam (czyli do Chin) pchać. Gdy wróciłam do domu i zaczęłam czytać nowe doniesienia z frontu walki z 2019-nCoV. I co? I wyszło na to, że dobrze, że nie pojechałam. Obchody Nowego Roku odwołane. Świątynie, muzea, ogrody i inne atrakcje – wszystko pozamykane. Zresztą w dniu mojego wyjazdu odwołali też lekcję lepienia pierożków, na którą byłam zapisana od paru miesięcy. Gdybym pojechała, nie zobaczyłabym prawie nic. Miałabym pewnie problem nawet z zakupami, bo chwilę później zaczęli zamykać knajpy, zakłady pracy… A Szanghaj w relacjach online zaczął przypominać wymarłe miasto.

A więc: nie ma tego złego/więcej szczęścia niż rozumu/bogowie mają mnie w swojej opiece/los nade mną czuwał… I chociaż szkoda kasy, to cieszę się, że byłam gapą. Ale dochodzimy tu do ważnego pytania:

Jakim cudem mogłam zapomnieć lub nie pomyśleć o wyrobieniu wizy? Nie mam pojęcia.

Śmiało, jeśli czytając ten tekst, rzucasz właśnie pod nosem garścią epitetów związanych z moim rozumkiem – rozumiem! Gdybym sama usłyszała taką historię o kimś innym, byłabym pierwsza do załamania się, jak można być takim głąbem…

Na swoje pocieszenie mam dwie teorie, jak mogło do tego dojść. 

Być może przeczytałam o wizie tranzytowej, która czasowo odpowiadała mniej więcej długości mojego planowanego wyjazdu. Kluczowa przy takiej wizie jest jednak przesiadka – miasto, w którym się zatrzymujemy, powinno być przystankiem przed wyjazdem do innego kraju (w tym przypadku innego niż Polska i Chiny).

Drugim pomysłem na usprawiedliwienie mojego gapiostwa może być podróżnicza rutyna. Brak kontroli paszportowej w UE, luźne podejście do wiz w innych krajach (wyrabiane na miejscu na lotnisku), doświadczenie z Hongkongu i Makao (tam musiałam tylko przy odprawie wypełnić jakieś karteczki, żeby dostać karteczki uprawniająceo do wjazdu – wszystko się odbywa nawet bez jednej pieczątki w paszporcie!).

Bilety do Szanghaju kupiłam w czerwcu 2019, a więc ponad 7 miesięcy przed wyjazdem. Z jednej strony duuużo czasu na ogarnięcie formalności, z drugiej po tylu miesiącach chyba po prostu uznałam, że takie ważne rzeczy, to ja sprawdziłam od razu…

 

Uczmy się wspólnie na moich błędach!

Chciałabym, żeby z tej opowiastki zostały Wam (nam! mi też, koniecznie!) w głowie trzy myśli:

  • zawsze warto śledzić doniesienia o regionie, do którego się udajemy do samego dnia wyjazdu
  • zawsze sprawdź kilka razy wymagania wizowe (i inne formalne) związane z wyjazdem
  • stoicyzm ratuje rozum – jakimś cudem udało mi się bardzo szybko przejść do porządku z tym, że straciłam ok. 1600 zł w postaci niewykorzystanego lotu (kasę za nocleg z AirBnB udało mi się odzyskać w całości)

 

Macie podobne wpadki? A może ktoś mnie przebije swoją historią? Liczę na Was!

P.S. Przydatne linki:

Wiza do Chin: informacje z ambasady

Wniosek o wizę do Chin online (link bezpośrednio dla wniosku do ambasady w Warszawie)

 

(Visited 293 times, 1 visits today)