Jaki wpływ na językoholizm mają nauczyciele?

Dziś w Polsce świętujemy Dzień Nauczyciela (a.k.a. Dzień Edukacji Narodowej). Z tej okazji podzielę się z Wami moimi przemyśleniami na temat roli nauczycieli języków w lingwoholikowej (bądź nie) przyszłości uczniów.

Prawdopodobnie spodziewacie się wyliczanki cech, które powinien posiadać nauczyciel, żeby jego uczniowe zapałali miłością do nauki języków. Albo historii tej jednej osoby, dzięki której pokochałam grzebanie w słownikach. Albo może liczycie na apel do nauczycieli, żeby pamiętali, jaka na nich ciąży odpowiedzialność.

Wolę jednak ugryźć temat z innej strony. Na blogach innych językowców znajdzciecie zapewne wiele wzruszających i inspirujących historii na temat nauczycieli z przeszłości. I zapewne wielu z Was pomyśli wtedy, że gdyby miało takiego nauczyciela/taką nauczycielkę, to teraz mówiłoby biegle po niemiecku. Albo też znało 5 języków. Albo mieszkało w Skandynawii. Albo… No właśnie, co? Czy naprawdę możemy mówić, że ten jeden belfer (lub jego brak) zaważył na naszej językowej stronie edukacji?

Ja w to nie wierzę. Na swojej drodze trafiałam na bardzo różnych nauczycieli i jestem przekonana, że moja miłość do języków (lingwoholizm – nazywajmy rzeczy po imieniu) pojawiła się długo przed nimi.

Naukę angielskiego zaczęłam sama – w mojej podstawówce w klasach I-III nie mieliśmy języka obcego i pamiętam jak dziś, jak moja samodzielna „nauka” opierała się na tłumaczeniu bajek Dr. Seusse’a – słowo po słowie, ze słowniczkiem w ręku. Pamiętam słownik obrazkowy polsko-angielski i jak, nie znając jeszcze polskiej geometrii, zapamiętywałam nazwy brył oraz zabawek.

Za to później angielski w szkole nie był dla mnie niczym szczególnym. Ot, przedmiot, z fajniejszymi lub mniej fajnymi pedagogami(choć miałam to szczęście, że na nauczycieli od angielskiego prawie zawsze trafiałam super, poza pierwszą panią w podstawówce i uczącą mnie przez rok w liceum koszmarną kobietę, którą na szczęście zastąpiła później cudowna, zawsze świetnie przygotowana i przejmująca się naszymi postepami nauczycielka).

Po podstawówce pojawia się ciekawy wątek: pamiętacie fracuski, moją dziecięcą miłość? Żeby się go uczyć, wybrałam gimnazjum dość dalekie od mojego rejonowego. A po rozpoczęciu roku szkolnego okazało się, że – ponieważ był drugim językiem obcym i nie liczył się do średniej ocen – nikt nie traktował francuskiego poważnie. Łącznie z nauczycielką. Mam jej to chyba za złe do dziś, choć rozumiem, że mogła się czuć zrezygnowana. Czy to wpłynęło na moją miłość do francuskiego? Albo nauki języków? Nie. To sprawiło, że odeszłam z tamtej szkoły – przeniosłam się równie oddalonej od mojego miejsca zamieszkania, tylko w drugą stronę. Bo kto by chodził do szkoły w swojej dzielnicy 😉

Tam z kolei nie było francuskiego. Klasa, do której szłam, miała niemiecki, więc w wakacje musiałam nadrobić materiał z pierwszego roku gimnazjum. Sporo czasu spędziłam wtedy nad ćwiczeniami z niemieckiego, za to we wrześniu byłam jedną z lepiej posługujących się tym językiem osób w klasie. Nauczycielka była bardzo zaangażowana, widać, że lubiła niemiecki, ale czy to sprawiło, że spojrzałam na nową mowę przychylniej? Nie do końca. Dalej w domu siedziałam nad francuskim samouczkiem, a od III klasy uczyłam się go w szkołach językowych- z bardzo różnymi nauczycielami, niestety częściej gorszymi niż lepszymi,

Kolejną nauczycielką, którą bardzo dobrze zapamiętałam z tamtego okresu jest p. Zawadzka. Poza angielskim uczyła nas historii i była (i pewnie nadal jest, bo wiem, że wciąż uczy w gimnazjum na Krasiczyńskiej w Warszawie) jedną z najbardziej zaangażowanych w przekazywanie wiedzy osób, jakie znałam. Świetnie łączyła oba przedmioty, jest dla mnie jednym ze wzorów pedagoga i… I tak nie polubiłam historii, a angielski jest dla mnie obojętnym narzędziem, którego pewnie już nigdy nie pokocham.

Choć jest to wniosek z kilku anegdot, twierdzę, że to nie nauczyciele odpowiadają za nasze językowe zauroczenia. Nauczyciele mają wpływ na atmosferę lekcji, przystępność materiału, mogą zaciekawić ucznia lub zniechęcić, mogą zaniedbać jego potencjał, ale nie można przerzucać na nich całej odpowiedzialności za naszą (lub naszych dzieci) pasję językową.

Ale też nauczyciele, nie zapominajcie (nie zapominajmy!), że nauczenie języka jest możliwe także w przypadku uczniów niepałających miłością do słówek, gramatyki i słowników. Nie musicie się obarczać winą za każdego, kto nienawidzi niemieckiego, ale też nie zaniedbujcie go i nie skreślajcie.

I tego Wam i sobie życzę z okazji Dnia Nauczyciela: wzajemnego zrozumienia, radości z nauczania, uczniów, którzy docenią Wasze wysiłki.

P.SDla mnie najlepszymi nauczycielami języka byli rodzice. W życiu każdego pierwszymi nauczycielami są właśnie oni. Od ich nastawienia zależy, jak szybko dziecko zacznie uczyć się ojczystego języka i jMoi zawsze dbali o to, żebym była otoczona książkami, mówili do mnie jak do osoby dorosłej (bez ciumkania i usilnego upraszczania zdań), zawsze zachęcali do samodzielnego szukania znaczenia nowych wyrazów, ale też chętnie wyjaśniali bardziej skomplikowane terminy (Serio, które inne dziecko w podstawówce wiedziało, czym są kable magistralne i rozdzielcze?!). Mamo, Tato – to dzięki sobie macie taką kumatą, wielojęzycną córunię 🙂 A ja dzięki Wam prawdziwa pasję w życiu.

14591609_10157588734785241_1342322956501232637_n

Oprócz mnie w akcji na Dzień Nauczyciela wzięło udział blisko 20 innych blogów z Blogów Językowo-Kulturowych. Sprawdźcie, co znajdziecie dziś u nich: