Języki obce są jak faceci

Niedawno doszłam do takiego wniosku. Moje relacje z językami przypominają związki, a co za tym idzie – jestem zadeklarowaną poligamistką.

Miłością od pierwszego wejrzenia był gruziński. Pamiętam jak w drodze do Tbilisi studiowałam te pękate literki i nie mogłam się doczekać, aż usłyszę, jak brzmią na żywo. Nauka alfabetu i pojedynczych słów z przewodnika były tym etapem pierwszego zauroczenia, gdy już wiesz, że będzie z tego Prawdziwa Miłość.

Z kolei francuski to była moja dziecięca miłość – ten wymarzony, wyczekiwany, który miał być najważniejszy na całe życie. Upływ czasu zrewidował nasze relacje. Obecnie znamy się dobrze, rozumiemy, pozostał jakiś sentyment, ale raczej nasze stosunki są chłodne – ot, język, którego używam, bo lubię czytać w oryginale.

Z hiszpańskim tworzymy luzacką parę. Jest tu dużo dystansu, zrozumienia, raczej nieduże oczekiwania i totalny brak ciśnienia. Może dlatego jesteśmy ze sobą tak długo – wyrozumiałość i skoki w bok z innymi językami pozwalają mi na docenienie swobody, jaka wiąże się z używaniem hiszpańskiego.

Niektóre języki nie zostają z nami na dłużej. Te krótkie romanse często kończą się przez znudzenie lub rozczarowanie. Dokładnie tak miałam z włoskim. Zbyt łatwy, zbyt przewidywalny – facet język kompletnie nie dla mnie. Ale to też jest OK. Warto popróbować, dać szansę nowemu, dać się ponieść fantazji lub nagłemu zauroczeniu – kto wie, z którym połączy Cię coś więcej?

A Ty? Z kim teraz romansujesz?

K