praca tłumacza literackiego

Za kulisami tłumaczeń literackich: Agata Ostrowska

Jak wygląda dzień tłumaczki i z jakimi problemami borykają się osoby zajmujące się przekładem literackim? Zaglądam za kulisy pracy Agaty Ostrowskiej!

Agatę poznałam na studiach, od lat podziwiam jej organizację pracy i to, jak naturalnie przyszło jej spełnienie marzenia o zajęciu się przekładem literackim. Mam nadzieję, że czytanie tego wywiadu sprawi Wam tyle radochy, ile mi dało przeprowadzenie go!

 

** Wywiad rozpoczyna cykl rozmów z osobami, których życie zawodowe związane jest z językami **

Zanim zadałam jej pierwsze pytanie, wiedziałam, że będę chciała koniecznie zamieścić we wstępie dwie informacje: o często powtarzanym przez nią zdaniu o marzeniu z dzieciństwa i że dla mnie Agata jest ucieleśnieniem samodyscypliny, niezbędnej w pracy tłumacza. Okazało się, że sama z siebie o tym wspomniała 🙂

 

K: Wielu miłośników języków obcych marzy o byciu tłumaczem, nawet, jeśli do końca nie wiedzą, jak wygląda praca przy przekładzie. Jaki jest największy rozdźwięk pomiędzy rzeczywistością a tym, jak sobie wyobrażałaś ten zawód?

Agata Ostrowska: Właściwie nie ma żadnego 🙂 Już pod koniec podstawówki pomyślałam sobie, że najbardziej w życiu chciałabym zarabiać, siedząc w domu i czytając książki. Traktowałam to trochę jak każde inne dziecięce marzenie, ale tak się złożyło, że kilkanaście lat później się spełniło — oprócz tłumaczenia zajmuję się też redakcją, korektą i pisaniem recenzji wydawniczych. Chociaż oczywiście nawet najbardziej wymarzona praca jest po prostu pracą, do której trzeba sumiennie siadać każdego dnia; mimo że żaden przełożony nie stoi mi nad głową, muszę być szefową dla samej siebie — niezbyt pobłażliwą, ale i niezbyt surową, bo równie łatwo wpaść w obie skrajności.

Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że praca z książkami może mieć jeden dość poważny minus — miewałam chwile, kiedy najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się już czytać dla przyjemności. Ale na razie to na szczęście tylko przejściowe kryzysy.

Jak zatem wygląda Twój dzień pracy?

Zaczyna się zwykle tak samo: wstaję dość wcześnie i jeszcze przed śniadaniem idę popływać na basenie. Potem jest już w zależności od pogody, samopoczucia i innych planów. Albo siadam przy biurku i tłumaczę do popołudnia z przerwami na posiłki (a czasem też pranie, sprzątanie, zakupy czy odcinek serialu), albo pakuję komputer, wsiadam na rower i jadę pracować do biblioteki.

Zatrzymajmy się! Tłumacz, freelancer, praca poza domem – większość wyobraża sobie raczej człowieka z laptopem w kawiarni. Dlaczego wybierasz czytelnię zamiast jakiejś przytulnej knajpki?

Czasem wizyta w bibliotece jest konieczna, jeśli muszę poszukać cytatów, które pojawiają się w tłumaczonej przeze mnie książce, a zostały już przełożone na polski. Staram się w miarę często pracować poza domem, żeby zupełnie nie zdziczeć, rzeczywiście raczej w bibliotekach (najbardziej lubię tę na Koszykowej, ale bywam też w Narodowej i BUW-ie) niż w kawiarniach; po pierwsze — w bibliotece mam dostęp do słowników i wygodne stanowisko pracy, po drugie — spędzenie całego dnia w knajpie może wyjść dość drogo, bo wypada od czasu do czasu coś zamówić.

Największy plus zawodu?

Z mojego osobistego punktu widzenia największa zaleta jest oczywista — jak wspominałam, to było moje marzenie praktycznie od zawsze.

A bardziej obiektywnie? Poczucie, że robi się coś, co ma sens, że praca ma widoczne, namacalne efekty. Że gdyby nie my, to ileś osób nie spędziłoby kilku miłych wieczorów nad skandynawskim kryminałem, nie przeczytało hiszpańskiego bestsellera, nie poznało biografii gwiazdy Hollywoodu.

Czyli kontakt z książką jest tym, co zdecydowało, że wybrałaś tłumaczenie literatury?

Wydaje mi się, że o ile przekład literacki jest często gorzej płatny niż tłumaczenie tekstów użytkowych, to zdecydowanie trudniej się tym znudzić i popaść w rutynę. Umowy czy instrukcje obsługi oczywiście też się między sobą różnią, ale mają stałą, określoną formę, a w pewnym stopniu także treść. Tymczasem każda książka jest inna.

Inną przewagą tłumaczenia literackiego, przynajmniej dla mnie, jest tryb pracy. Nie trzeba niemal codziennie szukać nowych zleceń, negocjować z kilkudziesięcioma klientami czy biurami tłumaczeń, gonić terminów. Kiedy podpisuję umowę na kolejną książkę, wiem, że mam kilka miesięcy na przekład, mogę sobie sama rozplanować pracę.

Czyli układ idealny 🙂

Jest też oczywiście druga strona medalu: wymaga to pewnej dyscypliny, żeby nie usiąść do książki na tydzień przed terminem 🙂 Ale ja na szczęście należę do osób, które nie lubią odkładać niczego na ostatnią chwilę, więc takie warunki bardzo mi odpowiadają.

Każda książka jest inna, ale na pewno jakiś przekład zapadł Ci w pamięć. Z którego tłumaczenia jesteś najbardziej dumna?

Chyba najbardziej dumna byłam z pierwszej w całości samodzielnie przełożonej książki, mimo że nie było to żadne arcydzieło. Zobaczenie swojego nazwiska na stronie tytułowej (oraz biogramu na stronie internetowej wydawcy, bo miałam szczęście debiutować w wydawnictwie dbającym o widoczność tłumaczy), a do tego pochwały od redaktorki — to naprawdę daje +100 do samooceny.

Dużo pracy włożyłam w przekład The Sleep Revolution Arianny Huffington i wydaje mi się, że wyszło nieźle. Miło było też przeczytać pozytywne recenzje, chwalące również przekład, trylogii o Poszukiwaczach (autorstwa Luisa Montero Manglano), którą tłumaczyłam wspólnie z Katarzyną Okrasko (profil STL tutaj).

Fot.: zbiory prywatne A. Ostrowskiej

A który przekład sprawił Ci najwięcej problemów?

Trudno wskazać jeden konkretny przykład, ale najgorzej tłumaczy się rzeczy po prostu źle napisane (a często też źle zredagowane). W jednej książce autor potrafił w jednym akapicie zmienić narrację z trzecioosobowej na pierwszoosobową i z powrotem, do tego roiło się tam od złotych myśli w rodzaju: „Kto odszedł, nigdy nie powraca, choćby nawet wrócił”, „Czasem czujemy się winni z jakiegoś powodu, kiedy indziej — zupełnie bez przyczyny” czyKażdy przypomina nam o kimś innym”. Zagryzałam zęby i tłumaczyłam, ale chwilami chciało mi się walić głową w stół.

Jesteś członkinią Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, opowiesz, czym zajmuje się stowarzyszenie?

STL istnieje już od 2010 roku, a od jakichś dwóch–trzech lat bardzo dynamicznie się rozwija (liczba członków właśnie przekroczyła 200). Zajmuje się między innymi aktywizacją i integracją środowiska, co jest niezwykle ważne, ponieważ większość z nas pracuje samotnie w czterech ścianach i praktycznie się nie znamy. STL broni też interesów tłumaczy, na przykład interweniując w przypadku naruszenia praw autorskich, organizuje szkolenia oraz walczy o naszą widzialność. Stowarzyszenie współorganizuje doroczne obchody Międzynarodowego Dnia Tłumacza (30 września), ma swoje stoisko na Warszawskich Targach Książki (każdy może podejść i porozmawiać z tłumaczami pełniącymi dyżury na stoisku), organizuje lekcje — czy to w szkołach, czy podczas targów i innych imprez — podczas których uczniowie mogą dowiedzieć się czegoś o pracy tłumacza, a nawet spróbować własnych sił w sztuce przekładu.

Zintegrowane środowisko może więcej 🙂 Jakie inicjatywy podejmujecie?

Jednym z najważniejszych dokonań STL było stworzenie umowy modelowej na przekład literacki — wzoru dobrych praktyk, który nie tylko chroni interesy tłumacza, lecz także przyczynia się do poprawy jakości publikacji.

Od 2016 roku stowarzyszenie przyznaje nagrodę „Lew Hieronima” dla wydawnictwa przyjaznego tłumaczom literackim. Dotychczasowymi laureatami są wydawnictwa Czarne oraz Książkowe Klimaty.

Zachęcam do wizyty na stronie stl.org.pl — można tam znaleźć bardziej szczegółowe informacje na temat działalności STL, bazę tłumaczy, ale przede wszystkim obszerną bazę wiedzy: poradnik dla początkujących tłumaczy, zestawienie dobrych praktyk, listę przydatnych (naprawdę przydatnych!) linków, projekt umowy modelowej i masę innych użytecznych informacji.

Wiem, że staracie się uczulać dziennikarzy na podawanie nazwiska tłumacza przy cytowaniu fragmentu książki. Dlaczego to takie ważne?

W przypadku wykorzystania fragmentu przekładu sprawa jest prosta — nieopatrzenie takiego cytatu nazwiskiem tłumacza to naruszenie praw autorskich. Niestety, zdarza się to nagminnie, i to wszędzie — od blogów literackich po ogólnopolskie dzienniki. Od redakcji tych ostatnich można się domagać sprostowania, a nawet zadośćuczynienia.

Sytuacja wygląda nieco inaczej, kiedy wprawdzie nie pojawia się cytat, ale autor recenzji na przykład zachwyca się „świetnym językiem”, a przy tym nawet się nie zająknie o tłumaczu; generalnie — jeśli książkę dobrze się czyta, to jest to zasługa autora, jeśli czyta się fatalnie, to jest to wina tłumacza. Choć tutaj nie mamy do czynienia z naruszeniem prawa autorskiego, to dobry obyczaj nakazywałby jednak przynajmniej wymienić tłumacza z imienia i nazwiska, bo jest on przecież, o czym niewielu pamięta, WSPÓŁAUTOREM książki.

Szczególnie irytujące jest, kiedy w stopce pod recenzją wymienia się tak „istotne” dane jak liczba stron, rozmiar książki czy numer ISBN, ale na tłumacza jakoś brakuje miejsca.

Fot.: stl.org.pl

Czy masz porównanie, jak wygląda podejście do tłumacza literatury w Polsce i innych krajach? Czy są bardziej rozpoznawalni?

Trudno powiedzieć, na pewno w każdym kraju sytuacja jest inna, w zależności chociażby od udziału przekładów w rynku książki — na przykład w krajach anglosaskich wydaje się bardzo mało tłumaczeń z innych języków. Warto jednak wspomnieć, że w niektórych krajach europejskich umowy modelowe, podobne do tej opracowanej przez STL, mają już nie tylko charakter rekomendacji, ale zostały przyjęte jako obowiązujący standard, co zdecydowanie poprawia sytuację tłumaczy literatury.

W historii literatury niektórzy tłumacze doczekali się statusu współtwórców – nie mówimy po prostu o omawianiu dzieła, tylko z zaznaczeniem, że np. w przekładzie Gałczyńskiego.

Myślisz, że taka rozpoznawalność tłumacza mogłaby być standardem dziś lub w przyszłości? Czy to bardziej kwestia tego, że oni mieli wyrobioną pozycję i nazwisko w świecie literackim nie tylko jako tłumacze? A może to były inne czasy – mniej tłumaczy, mniej tłumaczeń, mniej osób znało języki i jednak był inny szacunek do przekładu?

Myślę, że zarówno w przeszłości, jak i teraz, mamy do czynienia z taką sytuacją w dwóch przypadkach: wielkich dzieł (zwłaszcza wielokrotnie tłumaczonych) i słynnych tłumaczy. Wiadomo, że mówiąc o Szekspirze czy Alicji w krainie czarów, trzeba zaznaczyć, do czyjego przekładu się odwołujemy, bo poszczególne wersje bardzo się między sobą różnią, a wielu czytelników ma swoją ulubioną.

O tłumaczach wspomina się częściej przy okazji nowych przekładów wielkich dzieł (w ostatnich latach np. Jądro ciemności w tłumaczeniu Magdy Heydel czy Don Kichot Wojciecha Charchalisa) albo jeśli znani są z także z innej, pozatłumaczeniowej działalności (Wielki Gatsby Jacka Dehnela czy dramaty Tennessee Williamsa w przekładzie Jacka Poniedziałka). Na pewno dawniej tłumaczy było mniej, przez co cieszyli się może większym prestiżem, ale też znacznie mniej się w Polsce wydawało, zwłaszcza literatury zagranicznej.

Jak widzisz przyszłość tego zjawiska?

Coraz więcej wydawnictw stara się jednak doceniać tłumaczy: Karakter już od jakiegoś czasu umieszcza ich nazwiska na okładkach, w publikacjach Książkowych Klimatów znajdziemy zdjęcia i biogramy autorów przekładu, na stronie Marginesów w zakładce „Autorzy” są też tłumacze. Z kolei portal z e-bookami Publio już drugi rok z rzędu z okazji Międzynarodowego Dnia Tłumacza promował tłumaczy na głównej stronie serwisu, a przełożone przez nich książki można było kupić taniej.

Nie można więc jednoznacznie stwierdzić, że „kiedyś było lepiej” — sytuacja była inna, bardziej sprzyjająca wysokiej pozycji tłumaczy literackich, ale od jakiegoś czasu idzie ku lepszemu, a myślę, że dzięki systematycznemu uświadamianiu wydawcom, dziennikarzom i ogólnie społeczeństwu, jak ważna jest rola tłumacza, będzie jeszcze lepiej.

Słuszna uwaga, faktycznie czasem coś głośnego wyskakuje. To jeszcze na koniec: co podpowiedziałabyś osobom marzącym o karierze tłumacza lub tłumaczki literatury?

Przede wszystkim: zajrzyjcie do poradnika na stronie STL, to prawdziwa kopalnia przydatnych informacji.

Poza tym — nie trzeba kończyć specjalnych studiów, żeby pracować w tym zawodzie. Owszem, spora część z nas jest po różnych filologiach, ale znam też świetne tłumaczki po ekonomii, socjologii czy archeologii. Co znamienne, wielu jest też absolwentów polonistyki — w pracy tłumacza literackiego doskonała znajomość języka ojczystego jest równie ważna (a zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ważniejsza) co biegłość w języku, z którego się tłumaczy.

Ja akurat skończyłam lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim, co na pewno w dużym stopniu mi pomogło (to studia bardzo praktyczne, stawiające na szlifowanie warsztatu i umiejętności niezbędnych w pracy tłumacza), ale trochę też podłamało — przez całe studia nasłuchałam się od wykładowców, że z tłumaczenia nie można wyżyć, a przekład literacki to promil rynku. Na szczęście się nie zraziłam i okazało się, że jednak się da.

Oczywiście nie jest tak, że to życie usłane różami, ale jeśli ktoś czuje, że to jego — modne słowo — pasja, to warto spróbować. Można zacząć na przykład od pisania recenzji wewnętrznych, bo dzięki temu nawiązuje się kontakt z wydawnictwem i łatwiej potem o pierwszy przekład. Warto też śledzić profil STL na Facebooku — podczas organizowanych przez nas wydarzeń można na żywo porozmawiać z tłumaczami.

 

Dzięki za rozmowę! 

Profil Agaty Ostrowskiej na stronie STL znajdziecie tutaj.

Macie jakieś pytania do Agaty? Chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o zawodzie tłumaczki literackiej? Zostawcie komentarz, a ja wrócę do Was z odpowiedziami 🙂

K

 

  • Świetny wywiad! Pytanie, które mnie się nasuwa i na pewno wieeelu osobom: jak zacząć?? co zrobić, żeby się w ten świat „wkręcić”?? 🙂