Życie tłumacza-freelancera: Anna Lewoc

Wierzcie lub nie, ale z moich obserwacji wynika, że tłumacze to mniejszość absolwentów lingwistyki stosowanej! Jednak te osoby, które wybrały tę ścieżkę kariery, naprawdę nieźle reprezentują warszawski ILS! Dziś na tapetę bierzemy temat pracy jako tłumacz-freelancer. W roli głównej: Anna Lewoc.

K: Z jakimi najdziwniejszymi pytaniami lub wyobrażeniami na temat Twojej pracy się spotkałaś?

Anna Lewoc: Oj, dużo tego. Zacznę od narzekania 🙂 Coraz rzadziej, ale jednak pojawiają się ludzie, którzy przysyłają mi tekst (albo dzwonią, że „przyjdą do mnie do biura z tym dokumentem!” 🙂 to zabawne, bo moja firma jest zarejestrowana w Białymstoku, a ja mieszkam w Warszawie, i w żadnym z tych miast nie mam biura z prawdziwego zdarzenia) i oczekują, że zrobię go od ręki, jak w „Misiu”. No tak, bo przecież ja tylko siedzę, pachnę, czytam Owidiusza czy co tam teraz tłumacze czytają i czekam, aż ktoś da mi jakieś zadanie i jeszcze pokręci nosem, że czemu tak drogo. Inne typowe wyobrażenie, również związane z tym, że przecież nie mam nic do roboty, to życzenia typu „20 stron na jutro rano”, wysyłane późnym popołudniem – bo przecież bez problemu mogę zarwać całą noc i wyprodukować coś, co ma sens.

Czyli bywa straszno?

Najdziwniejsze chyba było wyobrażenie pewnego pana, który przeczytał gdzieś, że tłumaczenie angielskie powinno być o 25-30% krótsze niż tekst polski (tekstu miał jakieś 4 strony po 1800 znaków ze spacjami) i nie odpuścił, dopóki moje tłumaczenie nie było o tyleż krótsze od oryginału, kompletnie nie zważając na moje uwagi, że statystycznie to pies i człowiek mają średnio trzy nogi, a tłumaczenie angielskie na takiej małej próbce może być nawet dłuższe niż polskie. Ten sam pan, próbując wskazać mi rzekome błędy w moim tłumaczeniu, sam narobił byków. Włos mi się jeży, kiedy pomyślę o tej gehennie.
Ze śmiesznych historii – kiedyś podawałam klientowi stawkę za 1800 znaków ze spacjami, na którą odparł: „Ze spacjami, mówi pani… no, faktycznie, sporo tych spacji tu będzie”. Na szczęście zapłacił bez mrugnięcia okiem 🙂

Freelansujesz od kilku lat, na pewno ułożyłaś już sobie jakoś tryb pracy. Jak wygląda Twój dzień?

Na początek zaznaczę, że poza freelancowaniem jako tłumaczka robię też masę innych rzeczy – uczę angielskiego, pracuję w biurze tłumaczeń jako PM, robię dużo, dużo korekt, organizuję konferencje dla tłumaczy i czasem nagrywam kursy wideo 🙂 Mam więc dość ograniczoną ilość czasu, ale w każdym tygodniu staram się upchnąć choć trochę tłumaczenia.

Jest trudno?

Moim największym wyzwaniem jest specyficzny rodzaj braku produktywności – jestem w stanie zrobić dużo w ciągu dnia, ale rzadko zdarza mi się złapać prawdziwy flow, więc moje zadania niemiłosiernie się rozwlekają. Łatwo się rozpraszam, wchodzę na Facebooka czy inne strony i owszem, robię dużo w ciągu dnia, jednak zajmuje mi to faktycznie cały dzień. Nazywam to bezproduktywnym pracoholizmem – nie spocznę, póki nie zrobię swojego zadania, ale zamiast zamknąć się z nim w dwóch godzinach, rozciągam je na dużo dłużej i w efekcie tracę strasznie dużo czasu.

 

Okresowo wyzwaniem jest dla mnie też znalezienie czasu na sport, ale mam nadzieję, że uda mi się to jakoś unormować 🙂 To w zasadzie jest ten element, który wygląda inaczej, niż sobie wyobrażałam – myślałam, że będę miała wystarczająco dużo czasu na wszystko, co zechcę, ale okazuje się, że czasami trudno jest wykroić czas dla siebie (ze względu na ten bezproduktywny pracoholizm, o którym pisałam wcześniej). Czasami dni są też wypełnione drobnymi zadaniami z krótkim deadlinem – rzadko robię duże projekty, co czasem jest frustrujące, bo ledwo zacznę, a już muszę kończyć, ale przynajmniej taki tryb nie sprzyja prokrastynacji.

Czy to są trudności, których obawiałaś się na początku?

Szczerze mówiąc, kiedy zaczynałam pracę jako freelancer, najbardziej chyba bałam się tego, że wezmę się za tłumaczenie, za które nie powinnam się brać ze względu na brak wiedzy, zorientuję się za późno, wyjdzie z tego groch z kapustą i klient będzie zły i będzie apokalipsa. I owszem, kilka razy się trochę przejechałam 🙂 na szczęście nie były to bardzo poważne rzeczy i wszystko skończyło się dobrze. A i ja nauczyłam się radzić sobie trochę lepiej z marudnymi klientami oraz odrzucać albo podzlecać tłumaczenia (teraz tak naprawdę podzlecam lub odrzucam około 70% tego, co nadpływa w moim kierunku – z tym że kiedy odrzucam, zawsze polecam kogoś, o kim wiem, że po prostu zrobi to lepiej).

Co do tego, co się sprawdziło – przede wszystkim sprawdziło się moje przeczucie, że nie lubię być uwiązana do jednej rzeczy. Dlatego pracuję w kilku miejscach i nadal jeszcze nie mam bardzo skonkretyzowanej specjalizacji (lubię tłumaczyć teksty medyczne, IT i marketingowe, ale bardziej ze względu na to, że trafiło mi się sporo takich, a nie dlatego, że aktywnie poszukiwałam rozwoju w tych kierunkach).

Z którego tłumaczenia jesteś najbardziej dumna, a które sprawiło Ci najwięcej problemów?

Zacznę od kategorii drugiej. Kiedyś wpakowałam się w opis maszynerii do robienia golarek jednorazowych. Dwa słowa: nigdy więcej. Problemy zawsze sprawiają mi też teksty prawnicze (mimo że pracuję w biurze, które zajmuje się głównie takimi – cóż, może z czasem zmądrzeję przez osmozę :))
A co do tych, z których jestem dumna – tak naprawdę jestem dumna z każdego mojego tłumaczenia, które się przydało i pomogło komuś osiągnąć jakiś cel. Jak przetłumaczę CV i potem klient mi pisze, że dostał dzięki temu pracę, o której marzył; kiedy dzięki moim korektom kolega jest o krok bliżej do zbudowania rakiety kosmicznej; kiedy sklep zaczyna sprzedawać swoje produkty za granicą; kiedy moje teksty trafiają do ulotki albo innej publikacji. No, fajnie jest jak klient jest zadowolony 🙂

Jesteś współorganizatorką The Translation and Localization Conference, przez te kilka edycji miałaś więc okazję poznać sporo osób z branży. Jak sądzisz, jak rozwija się rynek tłumaczeń? Czy w środowisku można zaobserwować jakieś zmiany?

W zasadzie to ja obserwuję rynek tłumaczeń raczej na poziomie mikro niż makro, ale faktycznie, znam sporo ludzi z branży i swoje w kuluarach podsłuchałam 🙂 Przede wszystkim bardzo mnie cieszy, kiedy tłumacze wychodzą ze swoich norek i się integrują. Na konferencjach szczególnie można zaobserwować zwykle radosną wymianę doświadczeń.

fot. Tomasz Zarzycki

Jeśli chodzi o zmiany, to myślę, że motyw przewodni TLC2018 jest dobrym tego opisem – brzmi on „Translator Ex Machina”, to taka gra słowna na wyrażeniu „Deus ex machina”. Nie da się ukryć, że w branży tłumaczeniowej, tak jak i każdej innej, coraz większą rolę odgrywają maszyny – czy to w postaci tłumaczenia maszynowego (zainteresowanych odsyłam do poczytania np. o Neural Machine Translation), czy coraz wymyślniejszych narzędzi CAT lub innych programów. Tłumacze nie siedzą już z inkaustem i pergaminem, jak św. Hieronim, a sprawnie posługują się najnowszymi technologiami. Osobiście nie uważam, że jest to zły kierunek, z dwóch powodów: po pierwsze, nie jestem piewczynią apokalipsy i sądzę raczej, że wykorzystujemy maszyny na swoją korzyść (usprawniają i przyspieszają one pracę tak, jak dawniej nie było to w ogóle do pomyślenia), a po drugie ciągle są obszary, gdzie ludzka ręka jest niezbędna (transkreacja, literatura, poprawianie po MT). Tak więc obserwuję to z ekscytacją

 

Co podpowiedziałabyś osobom marzącym o karierze tłumacza?

Może nie będę już powtarzała jak zdarta płyta, że trzeba się wyspecjalizować, mieć biznes plan, kasować normalne stawki, a nie orzeszki, albo znaleźć mentora. Powiem, co mnie przekonało do tej „kariery”.

Przede wszystkim udało mi się poznać (na TLC :)) kilka osób, o których pomyślałam „O kurczę, chcę być taka jak ten ktoś” – i to nie tylko w znaczeniu „chcę tłumaczyć jak ta osoba”, ale w ogóle w znaczeniu charakteru i roztaczanej pozytywnej aury. Nie trzeba być nadętym bufonem, żeby być dobrym tłumaczem (chociaż grupy na Facebooku próbują przekonać, że jednak trzeba). Trzeba za to mieć sporą dawkę pokory, nie bać się feedbacku (czasem boli, wiem, ale czytanie własnych tłumaczeń po profesjonalnej korekcie to najlepsza nauka), być ciekawskim i drążyć.

Na początku będzie trudno i nie będzie wymarzonej kasy – bo pokora jest też potrzebna do tego, by wiedzieć, że w ciągu dnia zrobisz 4 strony, a nie 10, jak bardziej doświadczony kolega albo że wyszukiwanie terminologii zajmie sporo dłużej, bo nie wiesz jeszcze do końca, gdzie szukać. Pokora jest też potrzebna do tego, żeby wiedzieć, że może faktycznie do tego typu tekstów się nie nadaję, albo nie nadaję się do ustnych (mnie na przykład adrenalina ustnych nakręca, ale niektórych paraliżuje) – albo może że w ogóle nie nadaję się do tłumaczeń, a np. do nauczania angielskiego albo do pisania tekstów. I nie jest to żadna porażka – powiedziałabym wręcz, że przyznanie przed samym sobą, że nie nadaję się do czegoś, co chciałem wcześniej robić, to jest wielki sukces i akt odwagi, bo dzięki temu przestajesz brnąć w coś, co jest na dłuższą metę bez sensu i prowadzi do frustracji. Ważne tylko, aby takie stwierdzenie nie wynikało z tchórzostwa, nie pojawiło się, zanim jeszcze spróbujesz i aby nie dać mu przerodzić się w niemoc i niechciejstwo, a zamiast tego przekuć je w coś, co doprowadzi do wyboru takiej drogi, która przyniesie satysfakcję czy po prostu będzie jakimś krokiem naprzód we własnym rozwoju.

I warto wychodzić do ludzi, spotykać się z innymi tłumaczami, bo oni nie gryzą, a można dowiedzieć się wielu przydatnych i ciekawych rzeczy 🙂 zapraszam przy okazji na Translation and Localization Conference i wrześniową Konferencję Tłumaczy! Szczególnie na tę drugą warto wysupłać z kieszeni parę groszy, bo można uzyskać fajne kontakty tu, na miejscu.

 

 

Więcej o Konferencji Tłumaczy znajdziecie tutaj.

Przeczytajcie też koniecznie wywiad z Agatą Ostrowską >>