Dorota Żurawińska-Nielek tłumaczka przysięgła

Droga tłumacza przysięgłego: Dorota Żurawińska-Nielek

Choć sama nie podążyłam tą drogą, dzięki studiom lingwistycznym znam sporo super tłumaczy. Dziś przed Wami Dorota Żurawińska-Nielek, tłumaczka przysięgła.

Z Dorotą miałyśmy razem zajęcia z francuskiego. Była jedną z tych osób, przy których robiło się WOW (na ILS-ie było takich dużo, kierunek przyciąga zdolniachy), bo łączyła naprawdę wymagające studia na lingwistyce z romanistyką.

Wbrew pozorom niewiele osób po lingwistyce zajmuje się tłumaczeniem, dlatego chętnie śledziłam działania Doroty. A gdy spotkałam ją w drodze do pracy i okazało się, że idzie właśnie do prokuratury, oświeciło mnie: potrzebny mi wywiad o tłumaczeniach przysięgłych! Et voilà!

K: Z jakim stereotypem dotyczącym zawodu tłumacza przysięgłego spotykasz się najczęściej?

Dorota Żurawińska-Nielek: Wydaje mi się, że w związku z tym, że egzamin na tłumacza przysięgłego jest w Polsce jedynym egzaminem zawodowym dla tłumaczy, przyjęło się przekonanie, że tłumacze przysięgli są lepsi od innych tłumaczy niezależnie od rodzaju i dziedziny tłumaczenia. Wiadomo, tłumaczenia z pieczątką są lepsze i tyle. Tymczasem ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością. Znam wielu świetnych tłumaczy, którzy nie są tłumaczami przysięgłymi, ponieważ zajmują się tłumaczeniami np. technicznymi, audiowizualnymi, medycznymi i egzamin na tłumacza przysięgłego jest im kompletnie nie po drodze w ich karierze zawodowej. Z drugiej strony słyszałam o tłumaczach przysięgłych, którzy uważają, że skoro już otrzymali uprawnienia, nie muszą się za bardzo starać, bo przecież tłumaczenia z pieczątką nie można kwestionować.

Z czego to może wynikać?

Myślę, że nadal niewiele osób zdaje sobie sprawę (umówmy się też, że

pewnie poza ludźmi z branży tłumaczeniowej niewiele osób się na tym zastanawia), że w polskim systemie egzamin na tłumacza przysięgłego przeznaczony jest dla tłumaczy specjalizujących się w tłumaczeniach prawnych/prawniczych i finansowych. Jeśli ktoś zatem specjalizuje się w tłumaczeniach medycznych czy technicznych, rzadko podchodzi do egzaminu.

Dorota Żurawińska-Nielek tłumaczka przysięgła

W naszym środowisku już od dawna mówi się o tym, że nie dość, że egzaminy z tłumaczeń pisemnych i ustnych powinny być rozdzielone (w języku polskim tłumacz to tłumacz, niezależnie od tego czy tłumaczy ustnie czy pisemnie, ale na przykład już w angielskim mamy „translator” i „interpreter”, czyli dwa różne zawody), to jeszcze powinno zostać wprowadzone rozróżnienie między dziedzinami – egzamin na tłumacza przysięgłego tekstów medycznych, technicznych etc. Trzeba pamiętać, że żadne tłumaczenie nie polega na otworzeniu słownika i przepisaniu przetłumaczonych wyrazów. Konieczna jest również wiedza merytoryczna z danej dziedziny, a nie da się być jednocześnie specjalistą z medycyny, finansów, prawa i inżynierii lądowej. Z drugiej strony, dokumenty, które trafiają do tłumaczy przysięgłych, są różne – czasem dokumenty spółki, ale czasem też wyniki badań albo dokumentacja techniczna. A poza tym wiadomo, że tłumacz przysięgły to taki tłumacz, który w kółko tłumaczy takie same dokumenty, np. dowody rejestracyjne, więc tylko podstawia dane w szablonach, które ma przygotowane i kasuje za to kupę kasy 😉

Może masz jakiś przykład zabawnej pomyłki, dziwnego oczekiwania od zleceniodawcy tłumaczenia?

Mnie na szczęście/nieszczęście nie przydarzyły się takie historie. Ale wśród tłumaczy krążą różne anegdotki, jak na przykład ta o kliencie, który chciał, żeby mu przetłumaczyć nieistniejące „zaświadczenie o niekaralności” – tzn. przyniósł pusty formularz i poprosił o przetłumaczenie, wstawienie jego danych i podbicie pieczątką, bo sam takiego zaświadczenia nie mógł otrzymać. Ale sama nie miałam takich historii. Póki co najciekawszych przygód, i to wcale nie językowych, dostarcza mi współpraca z policją i strażą graniczną, i muszę przyznać, że bardzo lubię tę część mojej pracy. Kiedy dzwoni do mnie telefon i słyszę „Pani tłumacz! Pani tłumacz, na rety gwałtu potrzebujemy pomocy” i „przywieziemy Panią na bombach”, wiem, że to będzie ciekawy dzień 😉 Kiedyś odpowiedź na takie wezwanie zakończyła się wizytą na dołku, gdzie zatrzymany wyszedł z celi praktycznie nagi, bo w szale zerwał z siebie całe ubranie i było ono w strzępach – a to był tylko początek bardzo ciekawego dnia i chyba najciekawszej z moich przygód policyjno-sądowych 😉

Dlaczego zdecydowałaś się podejść do egzaminu?

Dla mnie to była naturalna konsekwencja tego, czym się zajmowałam. Zanim rozpoczęłam studia językowe (filologię romańską i lingwistykę stosowaną), studiowałam prawo. Zatem kiedy postanowiłam zostać tłumaczem, naturalnym było dla mnie, że zajmę się tematyką, która nie jest mi obca. Zostałam więc tłumaczem tekstów prawnych/prawniczych. Potem doszły do tego finanse i całkiem niespodziewanie medycyna. Można więc powiedzieć, że egzamin wisiał gdzieś w powietrzu przez cały czas.

Ile zajęło Ci przygotowanie do niego?

Zawsze kiedy słyszę to pytanie, odpowiadam zgodnie z prawdą, że poświęciłam rok na przygotowanie do egzaminu z języka angielskiego, a następnie rok na przygotowania do egzaminu z języka francuskiego. Potem widzę błysk podziwu i słyszę „wow, ale super, musisz być zdolna” i mam plus milion do poczucia zajefajności 🙂 Prawda jest jednak taka, że do egzaminu podeszłam po około pięciu latach pracy w zawodzie, czyli miałam już dosyć spore doświadczenie. Oczywiście musiałam się jeszcze wiele nauczyć, przygotować się konkretnie pod kątem egzaminu, ale bez tego doświadczenia byłoby mi nieporównywalnie trudniej. Dlatego też myślę, że nie jest to egzamin dla początkujących tłumaczy zaraz po studiach (chociaż zawsze zdarzają się wyjątki i jestem pełna podziwu dla takich osób), a raczej dla tych już bardziej doświadczonych, szczególnie w tłumaczeniach prawnych/prawniczych i finansowych.

Czy egzamin na tłumacza przysięgłego jest naprawdę taki trudny?

To jest w ogóle fascynujące. To znaczy, pewnie powinnam w tym miejscu podtrzymywać legendę „niezdawalności” egzaminu na tłumacza przysięgłego. Kiedy jechałam po zaprzysiężeniu windą z wiceministrem sprawiedliwości, któremu naczelnik Wydziału Tłumaczy Przysięgłych tłumaczył ,jaki to jest trudny egzamin i że tak mało osób go zdaje, musiałam się ugryźć w język, żeby nie dodać, że to jest dosyć mocno skorelowane z tym, kto do tego egzaminu podchodzi. Ale o tym rzadko się wspomina. Przed egzaminem usłyszałam to właściwie od jednej osoby, tłumacza przysięgłego, który pomagał mi w przygotowaniach. Powiedział mi „nie przejmuj się, idź się zapisać, jesteś świetnym tłumaczem. Zobaczysz, że tak mało osób zdaje, bo tam przychodzą prawie sami kosmici”. Trochę trudno było mi w to uwierzyć, bo jednak ten mit egzaminu, który zdaje tylko garstka jest bardzo rozpowszechniony. Ale na egzamin się zapisałam i na własne oczy zobaczyłam, że to prawda.

To znaczy, co w ogóle bardzo mnie zdziwiło, część ludzi podchodzących do egzaminu, podchodzi do niego bez żadnego przygotowania – tak żeby spróbować, zobaczyć jak to wygląda. Na moim egzaminie z angielskiego był chłopak, wyglądał w ogóle na bardzo młodego, który nie przyniósł ani jednego słownika czy też glosariusza, bo myślał, że słowniki są udostępniane na miejscu. Część kandydatów w ogóle nie ma pojęcia o zasadach sporządzania tłumaczeń poświadczonych, które trzeba zastosować na egzaminie i które nie są jakąś wiedzą tajemną, bo są ogólnodostępne. Pamiętam kobietę, która pod salą egzaminacyjną odkryła dopiero, że istnieje coś takiego, jak formuła poświadczająca, którą umieszcza się na końcu każdego tłumaczenia poświadczonego. To jest naprawdę cała defilada ludzi, którzy: w sumie to znają angielski (albo inny język obcy), więc postanowili spróbować (kompletnie ignorując fakt, że zawód tłumacza nie polega na samej znajomości języka, a w tłumacza przysięgłego w ogóle obowiązuje szereg wymogów formalnych); są nauczycielami języka obcego, więc w sumie powinni zdać; są dwujęzyczni, mieszkali przez jakiś czas za granicą; są początkującymi tłumaczami z bardzo małym doświadczeniem; w sumie nawet są doświadczonymi tłumaczami (nieważne, że z zupełnie innej dziedziny), więc przecież powinni zdać tak z marszu. Pamiętam jak zdawałam francuski i jedna pani nawrzeszczała na komisję, że to w ogóle skandal, że na egzaminie jest taka presja czasu, bo ona jak pracuje w domu, to nikt tak nad nią nie sterczy i nie odmierza jej czasu. To że ja byłam w szoku to jedno, ale jak się zdziwiła sama komisja, to już inna bajka.

I jak potem z wynikami?

Jak już odrzucimy wszystkich tych, którzy przyszli zdać ten egzamin przy okazji, zostaje te 30%, które nie znalazło się tam z przypadku, które włożyło wiele wysiłku i poświęciło wiele czasu na przygotowanie. Nie powinno zatem dziwić, że te 30% potem zdaje. Oczywiście zawsze może zdarzyć się tak, że nawet przygotowanemu kandydatowi powinie się noga, niektórzy nie są w stanie przebrnąć przez etap ustny – nerwy, presja czasu na pewno nie ułatwiają sprawy – ale generalnie myślę, że te „negatywne” statystyki zdawalności robią właśnie ci „kosmici”, o których zostałam ostrzeżona przed moim egzaminem. Nie trzeba się zatem zniechęcać i bać, tylko wziąć się solidnie do pracy, a efekty będą pozytywne.

Co się u Ciebie zmieniło po zdanym egzaminie? Czy tłumaczenia przysięgłe stanowią teraz 100% Twojej pracy?

Nie, ale pewnie nie jestem tutaj typowym przypadkiem. Dosyć rzadko zdarza mi się tłumaczyć dokumenty chyba najbardziej kojarzone z zawodem tłumacza przysięgłego – dowody rejestracyjne, świadectwa, dyplomy itp. Od zawsze mówię, że bycie tłumaczką pozwala mi łączyć (i jeszcze na tym zarabiać, co w ogóle jest piękne!) to, co w życiu lubię najbardziej – naukę języków i rozwijanie moich pasji. W skrócie, żeby dobrze tłumaczyć teksty z jakiejś dziedziny, trzeba się na tej dziedzinie znać pod względem merytorycznym. Jeśli zatem interesuję się kolarstwem, interesuję się nim po polsku, angielski i francusku. Nie jestem zatem w stanie odmówić sobie przyjemności tłumaczenia tekstów z tej dziedziny. Pamiętam jaką miałam frajdę, kiedy tłumaczyłam katalog produktów marki KROSS. Od jakiegoś czasu wciągnęły mnie wina i wszystko, co jest z nimi związane – co z kolei świetnie łączy się oczywiście z językiem francuskim. Można sobie wyobrazić, że niewiele jest zleceń na tłumaczenia poświadczone o takiej tematyce. Są to więc takie moje małe tłumaczeniowe przyjemności.

Poza tym, pracuję w większości z klientami bezpośrednimi, którzy są ze mną od lat i byli moimi klientami, na długo zanim zostałam tłumaczem przysięgłym. To są dla mnie bardzo cenne relacje biznesowe i nie chciałam ich kończyć. Powiedziałabym raczej, że do tego wszystkiego dodałam tłumaczenia poświadczone i współpracę z kancelariami prawnymi, notariuszami, policją, prokuraturą, sądami, strażą graniczną. Bardzo cenię sobie tę różnorodność i mam nadzieję, że nie będę musiała z niej nigdy zrezygnować.

Komu odradziłabyś taką ścieżkę zawodową?

Żeby dobrze wykonywać tłumaczenia poświadczone, ale chyba i tłumaczenia w ogóle, ale przy tłumaczeniach poświadczonych w szczególności, trzeba wykazać się dużym stopniem dokładności i skrupulatności. Tłumacz przysięgły poświadcza własnym nazwiskiem zgodność tłumaczenia z tłumaczonym dokumentem. Wszystko trzeba zatem cierpliwie sprawdzić kilka razy.

Poza tym istnieje szereg wymogów formalnych, jakie tłumaczenia poświadczone muszą spełniać. Każdy element graficzny znajdujący się na dokumencie musi zostać opisany. Jeśli ktoś zatem nie lubi babrać się w szczegółach, prawdopodobnie nie odnajdzie się w tym zawodzie zbyt dobrze. Poza tym nie można być na bakier z prawem – i nie chodzi tutaj tylko o wymóg niekaralności – tłumacz przysięgły ma do czynienia głównie z dokumentami o tematyce prawnej/prawniczej i finansowej, są to zatem dziedziny, na których musi się znać. Chodzi tutaj zarówno o wiedzę merytoryczną, jak i język jakiego używają na przykład prawnicy.

Warto też pamiętać, i ma to zastosowanie do pracy tłumacza w ogóle, że egzamin to nie koniec, egzamin to dopiero początek dalszej ciężkiej pracy. Jak wspomniałam już wcześniej, praca tłumacza nie polega na umiejętności korzystania ze słownika. Bycie tłumaczem to ciągły rozwój – najlepsi tłumacze, jakich znam, są pełni pokory i przeświadczeni o tym, że ciągle jest coś, czego mogą, a nawet muszą, się nauczyć. W ogóle myślę, że taką najważniejszą cechą dobrego tłumacza jest ogromna ciekawość świata i głód wiedzy. To doskonały punkt wyjścia – reszty można się nauczyć.

Super podsumowanie, dzięki za rozmowę!

p.s. Warto wiedzieć: tłumacz jest przysięgły, ale tłumaczenia poświadczone! Niby wiem, a sama popełniłam ten błąd w wywiadzie i musiałam poprawiać. W tekście Dorota używa tez określenia prawne/prawnicze – czym się różnią? Teksty prawne to np. akty, ustawy czy Konstytucja; prawnicze to te, które mówią o prawie i używają języka prawniczego, a więc np. artykuły branżowe dla adwokatów, omówienia i interpretacje aktów prawnych, ale też umowy cywilne. Dokładne wyjaśnienie od Doroty: Język prawny to język, w którym tworzone jest prawo, język przepisów i norm prawnych. Język prawniczy natomiast stosują prawnicy, specjaliści od prawa, mówiąc i pisząc o prawie, stosując w praktyce przepisy i normy prawa.

Kulisy pracy Doroty możecie śledzić na jej fanpage’u tutaj >>

Zajrzyjcie też na jej stronę przekladam.se

Ciekawi Cię temat pracy z językami? Przeczytaj też pozostałe wywiady:

(Visited 1 887 times, 1 visits today)