Tłumaczenie komiksów

Tłumacz z dymkiem: Jakub Jankowski

Czym różni się tłumaczenie komiksów od tłumaczenia filmów i czy można się uczyć, tłumacząc – porozmawiałam z Jakubem Jankowskim, autorem przekładów m.in. Ducha Gaudiego, Torpedo oraz wydań z serii Superbohaterowie Marvela.

K.: Jak to się stało, że zacząłeś tłumaczyć komiksy? 

Jakub Jankowski: Kiedyś podczas wakacji w Poniecu udałem się do biblioteki publicznej po lekturę szkolną zadaną na wakacje (chyba Krzyżacy, ale nie pamiętam już dokładnie) i trafiłem na regał z komiksami (Thorgale, adaptacje Dänikena, etc.). Zacząłem wertować, oglądać, wkrótce absolutnie pochłonął mnie rozbierany kadr z kartkowanego Szninkla i ani się spostrzegłem jak w rękę ugryzł mnie radioaktywny mól komiksowy. Wtedy zyskałem moce, z którymi wiąże się wielka odpowiedzialność: upowszechnianie czytelnictwa komiksów. Kiedy więc piąłem się po szczeblach edukacji i zyskiwałem moce posługiwania się językami obcymi, a na przerwach połykałem kolejne polskie komiksy i komiksy w polskich tłumaczeniach, wiedziałem, że muszę zrobić coś dla ludzi, że muszę kiedyś wykorzystać nabytą wiedzę językową i zacząć tłumaczyć komiksy. Dla ludzkości.

Hmm, zdecydowanie za dużo ostatnio mam do czynienia z tłumaczeniem superbohaterszczyzny…

Ale prawdziwa historia też jest w sumie ciekawa, choć długa. W 2003 roku byłem po trzecim roku studiów na Portugalistyce na UW i dostałem stypendium Instytutu Camõesa na letni kurs języka i kultury portugalskiej na Universidade do Porto. Zachęcił mnie do składania papierów na ten kurs José Carlos Dias (lektor wspomnianego Instytutu, który wybrał sobie Polskę na miejsce pracy i mieszka u nas do dziś; powiedzieć o José, że to mój pierwszy natywny lektor portugalskiego podczas studiów, to nic nie powiedzieć, bo bez niego komiksu portugalskiego w Polsce by nie było, nie byłoby mnie na uniwersytecie i wielu innych rzeczy w moim życiu również by nie było). Pojechałem wtedy na ponad miesiąc wakacji (znaczy na kurs :)) do Portugalii (autobusem…), pierwszy raz sprawdzić się z językiem na żywo. Znasz na pewno opowieści tych, którzy uczą się angielskiego i pierwszy raz odzywają się po angielsku np. w Londynie, i jak słyszą miejscowych, to stwierdzają, że uczyli się innego języka (ja to przeżyłem w Birmingham, i to, ku mojemu wielkiemu upokorzeniu, w sklepie komiksowym)? No to u mnie aż tak źle z portugalskim nie było, na pewno dzięki wszystkim uczącym mnie języka przez trzy lata, ale ten pobyt był dla mnie ogromnym skokiem jakościowym i pierwszym zetknięciem z komiksem portugalskim.

W sumie sam kurs językowy na najwyższym poziomie był raczej poniżej tego, co już umiałem, a na dodatkowe zajęcia (np. redagowanie gazetki po portugalsku czy oglądanie filmów portugalskich w oryginale) nie chodziłem, bo były po przerwie obiadowej (a obiad w stołówce uniwersyteckiej był za jakieś 1,5 euro, co przy stanie portfela studenta sprawiało, że do przerwy w zajęciach wytrzymywałem zawsze, a potem… w długą), a wtedy wolałem na piechotę schodzić wszystkie zaułki Porto i chłonąć otoczenie. Oczywiście odwiedzałem też w tych wędrówkach księgarnie i oglądałem komiksy portugalskie. No ale ponieważ budżet był ograniczony, dla oszczędności mieszkaliśmy na polu namiotowym przez cztery tygodnie, a zadania domowe odrabiałem pod latarką w namiocie, to o kupnie komiksów nawet nie myślałem. Jakoś jednak na koniec przyoszczędziliśmy sześćdziesiąt-siedemdziesiąt euro i moja ówczesna dziewczyna stwierdziła, że w ostatnie popołudnie „idziemy do księgarni i kupujemy za to komiksów”. No i kupiliśmy (a potem w podróży powrotnej autobusem skończyły nam się zapasy jedzenia i półtorej doby nic nie jedliśmy). Dwa z wtedy zakupionych komiksów wyszły potem po polsku w moim tłumaczeniu – Najgorsza Kapela Świata J.C. Fernandesa (tłumaczyli ten komiks ze mną studenci) i Ty jesteś kobietą mojego życia, ona kobietą moich snów P. Brito i J. Fazendy (wszyscy ci autorzy odwiedzili Polskę, aby promować swoje komiksy, dzięki Instytutowi Camõesa i José), ale to właśnie Kapela sprawiła, że zacząłem tłumaczyć komiksy.

Najpierw postanowiłem napisać magisterkę o tym komiksie (pod czujnym okiem prof. Grażyny Grudzińskiej, która należy do absolutnego TOP 5 ludzi, którym zawdzięczam tyle, że nigdy nie będę się im w stanie skutecznie odwdzięczyć; to m.in. dzięki pani profesor poszedłem na doktorat i jestem na Iberystyce łącznie już dwadzieścia lat) – a dokładnie to o tym jak realizują się w nim strategie postmodernistycznego konstruowania opowieści – a przy okazji stwierdziłem, że to jest tak dziarski komiks, że musi go przeczytać moja dziewczyna. Nie znała portugalskiego, potem uczyła się trochę podstaw, więc przy okazji magisterki przetłumaczyłem go dla niej na polski: skserowałem pierwszy tom, przyłożyłem do skserowanych plansz prześwitujący papier do drukarki, odrysowałem dymki, wpisałem w nie ręcznie polski tekst, wyciąłem i poprzyklejałem na te skserowane plansze (dopóki nie skończył mi się klej, klejem, a potem taśmą klejącą).

Pierwszy DIY: papier i taśma klejąca

Wiesz, niektórzy w prezencie nagrywali kiedyś na kasety magnetofonowe składanki z piosenkami dla ukochanej (już dla obecnej ukochanej montowałem filmiki z wyjazdów snowboardowych), a ja sam zrobiłem wtedy całą edycję polskiej wersji komiksu zagranicznego. Taki punkowy DIY.

W 2005 skończyłem studia magisterskie i zacząłem doktoranckie (bez świadczeń stypendialnych od UW, ale ze stypendium, które postanowili mi wypłacać rodzice – bez nich bym na doktorat nie mógł sobie pozwolić). Od 2006 w ramach tych studiów zacząłem prowadzić zajęcia i chyba w roku akademickim 2007/2008 zgłosiłem zajęcia fakultatywne z praktyki przekładu. Zgadnij, o czym były? O tłumaczeniu komiksów: wziąłem to tłumaczenie DIY Kapeli i razem ze studentami je poprawiliśmy. Dotłumaczyliśmy wspólnie drugi tom. Przed wyjazdem na wakacje przygotowałem wersję z tekstami wlanymi w Photoshopie (albo Picture Publisherze?) na skanach i rozesłałem do 4 czy pięciu wydawnictw komiksowych. Trzeci dzień wakacji, telefon: „Dzień dobry, z tej strony Maciej Pietrasik z Taurus Media. Chcemy to wydać”. No i wydali ten tom z dwoma częściami i kolejny z kolejnymi dwoma (brakuje jeszcze do tej pory części piątej i szóstej, zobaczymy, może w końcu się uda złożyć jakiś integral ze wszystkimi sześcioma? Będzie okazja, żeby porządnie poprawić te pierwsze przekłady).

DIY w wydaniu cyfrowym

Chciałoby się rzec, że reszta to historia, ale nic z tego, przede mną jeszcze masa roboty przy zapoznawaniu polskich czytelników z komiksami iberyjskimi i iberoamerykańskimi.

Po Kapeli były kolejne portugalskie komiksy z Taurusem i z Timof Comics. Timof (Paweł Timofiejuk) do dziś za cel części swojej działalności stawia sobie promocję mniej znanych komiksów i razem zawsze coś portugalskiego wypuszczamy na polski rynek. To właśnie Maciej Pietrasik i Paweł Timofiejuk wciągnęli mnie jako tłumacza w komiksowo, oni polecali mnie innym wydawcom – m.in. Non Stop Comics, Kurc, Planeta Komiksów. Mucha Comics (też z portugalskiego) czy Hachette (z angielskiego) z kolei zlecali mi przekłady poprzez znajomość z José Freitasem, którego poznałem podczas jednej z wielu wizyt na festiwalach komiksowych w Portugalii. Potem Timof pierwszy zaczął z komiksami brazylijskimi w Polsce, dorzucił do tego hiszpańskie i ta wolno tocząca się tłumaczeniowa kula śniegowa rośnie do dziś. Z portugalskiego brazylijskiego i hiszpańskiego tłumaczę także dla wydawnictwa Mandioca, na którego czele stoi Bartek Rabij, dziennikarz sportowy, któremu w pewnym momencie odbiło na punkcie komiksu i wciągnął mnie w tłumaczenia dzięki znającemu mnie wówczas Markowi Cichemu (to już były teraz współzałożyciel wydawnictwa).

Z tłumaczeniem z hiszpańskiego zresztą wyszła śmieszna sprawa. Nauczyłem się go na studiach dzięki fantastycznej lektorce, Eli Ratajczak, której metodę nauczania bezstresowego i przy wykorzystaniu poczucia humoru stosuję do dziś, ucząc portugalskiego swoich studentów. W sumie nie miałem okazji mówić po hiszpańsku potem, ale zawsze coś tam sobie czytałem. Do Hiszpanii pojechałem pierwszy raz na dłużej chyba ze dwa lata temu (w sumie w Hiszpanii to do Madrytu, a tak naprawdę to do prześlicznej Galicji, którą jakoś trudno mi tak bezproblemowo nazywać częścią Królestwa Hiszpanii), do Argentyny trzy lata temu (to najładniejsza odmiana hiszpańskiego z tych, które kiedykolwiek słyszałem!) i to w tych podróżach mogłem pogadać w języku, a tłumaczyć z niego zacząłem wcześniej, przy okazji serii Torpedo, tłumaczonej dla Taurus Media wraz z Gerardo Beltránem, Meksykaninem z którym pracujemy na warszawskiej Iberystyce. Gerardo to poeta i przemiły człowiek. Siadaliśmy u niego w mieszkaniu przy Coli i precelkach, Gerardo brał do ręki kolejne tomy Torpedo, czytał na głos, a jak skończył się już śmiać, to myśleliśmy jak to przetłumaczyć. Ja wklepywałem tekst w Wordzie. Przez ponad pół roku wspólnej pracy nad pięcioma tomami nauczyłem się innego hiszpańskiego niż ten, który poznałem na swoim lektoracie. Tak, dokładnie, przez tłumaczenie można się świetnie podszkolić w języku. A tłumaczenie Torpedo trafiło w nasze ręce zupełnym przypadkiem: Maciej Pietrasik – znaliśmy się już po Kapeli – zadzwonił do mnie i pyta, czy nie mam kogoś z katalońskim, bo on ma komiks z katalońskiego do tłumaczenia. Ja na to, że mamy Katalończyka u nas na Iber i mogę to przetłumaczyć razem z nim, bo on po polsku rozumie, ale raczej nie wyredaguje na tip top tekstu przekładu. No i odebrałem tego Torpedo, patrzę, a to po… hiszpańsku, a nie po katalońsku. No i mówię: Maciek, ja ci to ze znajomym zrobię. No i zrobiłem, a Gerardo tak mnie zupgrejdował językowo, że potem nie było mi już straszne samemu tłumaczyć z hiszpańskiego.

Jakub Jankowski, fot. Daniel Hilbrecht

Więc tłumaczę dziś komiksy z portugalskiego (w obu normach), hiszpańskiego i angielskiego. To dla mnie odpowiednio języki A, B i C. Tłumaczę komiksy z tych języków, bo swoje hobby (czytam komiksy od piątego roku życia) na pewnym etapie połączyłem z pracą zarobkową, z pracą naukową i nauką języków. Taki miałem pomysł na siebie i samo jakoś przy okazji wiele rzeczy wyszło. Wydaje mi się, że kiedy zaczynałem z Kapelą to nie sądziłem, że aż tak się to rozrośnie, a dziś, kiedy mam przed sobą cały dzień wypakowany pracą, i jedną z rzeczy, które muszę zrobić, jest jakieś tłumaczenie komiksowe, to zaczynam od tego tłumaczenia i potrafię przez cały dzień tylko tłumaczyć, zaniedbując przy tym inne rzeczy. Choć nie do końca „zaniedbując”, bo tak naprawdę przy tłumaczeniu komiksów przecież uczę się i utrzymuję kontakt z językiem, a samo doświadczenie przekładania komiksów służy mi do pisania tekstów naukowych o przekładzie komiksów. To są u mnie naczynia połączone, bo inaczej się nie da. Zresztą duet Williams-Chesterman w książce The Map: A Beginner’s Guide to Doing Research in Translation Studies piszą, że aby zajmować się naukowo-teoretycznie przekładem, trzeba mieć doświadczenie tłumaczeniowe. Tak pracowało i pracuje wielu, m.in. Krzysztof Hejwowski, Jarosław Jarniewicz, Jolanta Kozak, Tomasz Pindel, Stanisław Barańczak…

Chciałbym, żeby aspirujący do bycia tłumaczami i tłumaczkami nie odebrali części tej mojej odpowiedzi, kiedy mówię, że coś zacząłem robić „przez znajomości”, jako utwierdzenia się w przekonaniu, że ten zawód trzyma dla siebie klika. Wszedłem w to, bo miałem zajawkę na przetłumaczenie czegoś z konkretnego powodu, a wróciłem do tematu, bo komiks był w moim życiu zawsze. Na początku tej wspaniałej przygody tłumaczeniowej znałem się na komiksie i znałem języki, a reszta się potoczyła, jak potoczyła, bo z mojej pracy (i głównie terminowości, choć dziś różnie z tym bywa, bo dedlajn przestał być świętym bożkiem) zadowoleni byli ci, z którymi pracowałem, i to oni mnie polecali (ja robię dziś dokładnie tak samo z ludźmi, których znam – polecam wydawcom jako tłumaczy, redaktorów, korektorów, etc.; próbuję też swoich studentów wciągać w różne projekty komiksowe). Poza tym zawsze z ludźmi na festiwalach komiksowych rozmawiałem, oni mnie zapamiętywali, a potem często wychodziło z tego coś fajnego, czasami tłumaczeniowego. Na początku wybrałem sobie niszę – komiks portugalski – bo tata mi zawsze powtarzał, że warto robić coś egzotycznego i niszowego, bo zawsze jakieś tam możliwości się znajdą (wspominam w tej odpowiedzi wiele osób, bez których tłumaczem bym nie został, bo bez rad mądrych ludzi trudno cokolwiek w życiu osiągnąć). I w tej niszy czuję się w pewnym sensie ambasadorem komiksu portugalskiego, takim tłumaczem, o jakim pisał kiedyś Jarniewicz, który za zadanie stawia sobie promowanie tekstów kultury peryferyjnej i autorów mniej znanych, ale takich, których warto pokazać publiczności w swoim kraju.

Prywatnie, po godzinach, czytasz komiksy w oryginale czy jednak sięgasz po tłumaczenia na polski? 

Ja naprawdę nie wiem, gdzie kończy się dziś mój czas prywatny, a gdzie zaczyna pierwszy etat (UW), gdzie drugi (tłumaczenia), a gdzie trzeci (działalność komiksowa, m.in. w Polskim Stowarzyszeniu Komiksowym), bo wszystkie one związane są z komiksem. Jestem naukowcem od komiksów, tłumaczem komiksów i dziennikarzem/działaczem komiksowym, więc komiksy czytam zawsze i wszędzie, w każdym języku obcym, który znam, i w różnych celach. Szczególnie uciążliwe jest dla mnie, kiedy jakiś komiks analizuję pod względem tłumaczeniowym, bo wtedy wchodzę w posiadanie wersji oryginalnej i polskiej, a to zajmuje dużo miejsca na półkach. Pomaga, że na ogół swoje rzeczy tłumaczę z pedeefów, bo tak wygodniej, zwłaszcza, jak się podłączy do laptopa drugi ekran.

Sporo w oryginale czytam po angielsku (mam takich autorów, na których nie czekam po polsku, bo albo za długo bym musiał czekać – np. Joe Sacco, czy Charles Burns, albo nie ma szans, żeby w ogóle po polsku wyszli – np. cały Kelley Jones, albo jakaś seria mnie zainteresuje i zaczynam zbierać na bieżąco – tak miałem z The Umbrella Academy, Chew, Ex Machiną i wieloma innymi które potem wychodziły po polsku) dla własnej przyjemności. Z angielskiego nic nie polecam wydawcom do tłumaczenia, bo i nie trzeba, przecież każdy zna angielski (heh) i sam sobie wybierze, co chce opublikować.

Po portugalsku czytam, bo jeżdżę do Portugalii na festiwale i znam tamtejszych komiksiarzy, i staram się wyłowić fajne rzeczy, warte pokazania. Tutaj absolutnie czuję się jak ambasador tego komiksu, jak już wspominałem, a poza tym przez Portugalię poznałem też komiksy z Angoli i Brazylii. Wykorzystuję niektóre z tych komiksów na zajęciach ze studentami (też na spotkaniach tłumaczeniowego koła naukowego, którego jestem opiekunem), piszę o nich w tekstach naukowych. Brazylijskie i hiszpańskojęzyczne komiksy zczytuję jako recenzje wewnętrzne dla Timofa, dla Bartka Rabija (Mandioca), i to za jednym zamachem jest i praca, i przyjemność, i być może znowu praca, jeśli zdecydują się oni na ich wydanie.

Znowu się rozgadałem… Widzisz sama, naprawdę chciałbym prościej (i przede wszystkim krócej…) na Twoje pytania odpowiadać, ale się nie da.

No więc z różnych powodów czytam we wszystkich znanych mi językach: bo zawsze mogę się czegoś nauczyć, bo mogę wpaść na fajny materiał dydaktyczny, bo mogę zaproponować coś wydawcy do wydania w moim tłumaczeniu, bo wydawca chce wiedzieć, o czym dany komiks jest i czy jest dobry, bo potrzebuję od środka znać środowisko tłumaczenia i konkretne problemy, żeby zebrać materiał na książkę habilitacyjną o teorii i praktyce tłumaczenia komiksów (napiszę o swoich własnych przekładach w ujęciu introspektywno-retrospektywnym – to coś jak metoda terapeutyczna z psychologii – w połączeniu z aspektami teorii przekładu intersemiotycznego).

Na pewno często przy lekturze komiksu tłumaczonego na polski zwracam uwagę na to, jak tłumacze tłumaczą: czy konsekwentnie, czy pamiętali dobrze przyjrzeć się danemu kadrowi, żeby widoczna na nim kobieta nie mówiła „Poszedłem po mleko”, czy tłumaczą napisy tła, onomatopeje, czy robią przypisy i do czego, i czy to ma sens. Czasami sprawdzam potem w oryginale, jak tam było. Ale potrafię czytać dla przyjemności, nie poprawiam ołówkiem tego, co mi się nie podoba, nie dostawiam przecinków ołówkiem, jak mi się Agata Ostrowska (tłumaczka i redaktorka/korektorka, współpracujemy razem w jednym komiksowym projekcie tłumaczeniowym) przyznała, że robiła w polskim komiksie, który jej kiedyś sprezentowałem. Więc chyba nie cierpię jeszcze na typowe schorzenia zawodowe.

Z tym czytaniem komiksów nie mogłoby być inaczej, bo ja zacząłem czytać komiksy, kiedy nie umiałem jeszcze czytać. W wieku lat chyba czterech albo pięciu wypatrzyłem podczas wakacji w Poniecu w kiosku piątą część serii Tajemnica Złotej Maczety: Powietrzne Szlaki. Babcia mi to musiała czytać wtedy. To był mój pierwszy komiks.

Poza komiksami tłumaczysz też filmy. Oba rodzaje utworów opierają się o dialogi – czy widzisz więcej analogii pomiędzy tymi tłumaczeniem? Jest więcej podobieństw czy jednak znacznie się różnią? Czy przerzucenie się na inny typ tłumaczenia jest trudne?

Między filmem i komiksem raczej nie jest to trudne, choć to zależy, jakie tłumaczenie audiowizualne się robi. Ja robiłem zawsze do podpisów (chociaż kiedyś byłem na warsztatach z audiodeskrypcji i wykonywaliśmy tam na koniec próbki własnej audiodeskrypcji – to jest dopiero trudne…), więc zasadniczo jest podobnie: masz dymek komiksowy, którego nie rozepchasz, więc redukujesz tekst, albo 80 znaków (ciekawostka: istnieją badania, w których ponad wszelką wątpliwość stwierdzono, że zdolności percepcyjne widza się zwiększyły, czyli że jest w stanie czytać więcej niż te standardowe 80 znaków w podpisach filmowych) i dwie linijki, żeby się zmieścić.

W pewnym sensie analogią w samym procesie tłumaczeniowym jest to, że tłumacząc komiks, nie wlewasz tekstu w dymki (w Kapeli to zrobiłem w pierwszej i drugiej wersji DIY, ale wersja sprzedażowa była już obrabiana inaczej), a tłumacząc film nie zawsze też rozstawiasz napisy (stawka się powinna różnić, jeśli również rozstawiasz napisy), a przez to już na etapie tłumaczenia musisz redukować tekst na wszelki wypadek, bo już sam/sama tego nie poprawisz przy wlewaniu/rozstawianiu.

Jak to wygląda od strony – nazwijmy to – technicznej?

Z tym „zmieszczaniem” tekstu w komiksach to jest ciekawa sprawa. Są programy, w których możesz mieć podgląd tłumaczonego przez ciebie komiksu od razu w dymkach, ale to wymaga sprocesowania i przygotowania tekstu oryginalnego, czego w większości przypadków się po prostu nie robi. Ja tak nigdy nie pracowałem. Spotkałem się również dwukrotnie przy tłumaczeniu komiksu z tym, że dostawałem tekst w tabelce z dwoma kolumnami: z jednej strony wklejony oryginał podzielony na dymki, a w drugiej miejsce na polskie tłumaczenie. Wtedy łatwo zobaczyć, czy nie robimy zbyt długiego tekstu w przekładzie. Ale na ogół robi się to na czuja (ja najczęściej w ogóle się tym nie przejmuję, bo i tak z automatu skracanie tekstów robię przy ostatecznej redakcji tekstu przekładu, już po „przepisaniu” tekstu z jednego języka na drugi i po pierwszym czytaniu z patrzeniem na kadry komiksowe). Zawsze też liternik może pokombinować trochę przy wlewaniu z rozmiarem czcionki (zdarzyło mi się raz, że liternik poprosił mnie o skrócenie tekstu, bo za nic nie mógł go ładnie w dymku rozłożyć), światłem, odstępami między literami, a dobrzy liternicy potrafią cuda, żeby oko czytelnika nie wyłapało różnic między poszczególnymi dymkami. Czasami potem bywa śmiesznie, bo przy okazji komiksu Murderabilia Álvaro Ortiza przeczytałem gdzieś, że miałem problem z wyrobieniem się z ilością tekstu tak, żeby zmieścił się w dymku. A gdyby zerknąć na oryginał, to widać, jak autor sam tam upychał tekst.

Na pewno są jeszcze inne pułapki…

Płynność dialogów jest bardzo ważna, ale w obu tłumaczeniach równie ważny jest obraz, to, z czym zgrywasz tekst. Wspominałem już o tym, bo to ważne żeby kobieta nie mówiła jak mężczyzna, ale też po to, żeby słowo „tank” nie zostało przetłumaczone jako „zbiornik”, kiedy ewidentnie chodzi o czołg (w którymś superbohaterskim filmie to widziałem). Między słowem a obrazem w obu przypadkach możesz trochę żonglować rodzajem ich oryginalnej relacji, żeby jednocześnie zmieścić tekst w danej przestrzeni i oddać jak najwięcej znaczenia i kolorytu oryginału: w tłumaczeniu AV przystępnie te relacje tekst-obraz omawiała np. Teresa Tomaszkiewicz, w komiksie dobry zestaw związków obrazu i słowa znajdziesz u McClouda. Być może te teoretyczne koncepty nie są szczególnie praktyczne w opisie naukowym, kiedy próbujemy je przyłożyć do konkretnych rozwiązań artystycznych, ale na pewno mogą pomóc uczulić się tłumaczowi na to, co może w danej sytuacji zrobić przy danym problemie tłumaczeniowym: co dodać? Co zredukować? Co zostawić obrazowi, a co w słowach? Takie „deformacje” są sporą ingerencją w tekst oryginału, ale czasami w komiksie, czy przy filmie, nie da się inaczej.

W komiksie chyba też łatwiej zgubić jakąś kwestię, jak tłumaczy się na dzielonym ekranie komputera, przy dwóch ekranach połączonych szeregowo jest to dużo bardziej komfortowe i mniej obciążone takim ryzykiem. W tłumaczeniu filmów do podpisów często niestety nie da się tak łatwo ocalić stylu wypowiedzi oryginalnej (bo na ogół za bardzo wydłuża tekst), w komiksie, na piśmie jest to łatwiejsze. W filmie nie zrobisz też przypisu do jakiegoś ważnego odniesienia kulturowego (czasami się je zneutralizuje, zastępując czymś innym, czasami robi się stratę i tyle), a w komiksie możesz (a potem czeka cię żmudna dyskusja z czytelnikami komiksu, jak miało to miejsce kiedyś przy polskim przekładzie komiksu Y ostatni z mężczyzn przykład na stronie motywdrogi.pl; ja sam przypisów nie lubię, ale wydaje mi się, że czasami się przydają – wspomnianego „Ygreka” czytałem w tym starym wydaniu, o którym mowa na Motywie Drogi, i niedawno w całości w nowym polskim wydaniu, i ogólnie przypisy mi nie przeszkadzały, choć nadal niejasne są dla mnie motywy tłumacza, żeby pewne rzeczy wyjaśniać, a innych nie; sam sięgnąłem po przypisy w bardzo specyficzny sposób przy przekładzie komiksu Saga o Atlasie i Axisie autorstwa Pau z Balearów, stając się dodatkowym narratorem w tym komiksie dziecięco-młodzieżowym.

W komiksie stosujesz wyróżniki graficzne na słowach (kolor, bold, italik, inna czcionka lub kombinacje tych elementów), w podpisach filmowych tekst na ogół leci jedną czcionką, bez graficznych wyróżników (no w odmianie napisów dla niesłyszących/niedosłyszących czasami przypisuje się kolory np. danym bohaterom). W komiksie przy tłumaczeniu przenosisz te oryginale wyróżniki na tekst polski, co jest niezwykle ciekawe, bo tłumacząc np. z angielskiego jasno widać, że emfaza w wypowiedzi jest położona zupełnie inaczej, niż naturalnie robi się to w polskim. Zatem tej kombinacji bold + italik lepiej nie przenosić 1:1 na tych samych słowach, a wczuć się w ton wypowiedzi. Ale to jest bardzo nieunormowana sfera w przekładach.

Reasumując: według mnie to są jednak dwa różne typy tłumaczenia, nawet jeśli jako płaszczyznę porównawczą weźmiesz pod uwagę tłumaczenie AV do podpisów. Choćby dlatego, że w komiksie przekładasz tekst pisany na pisany, a w podpisach filmowych tekst mówiony na tekst pisany, czyli w zasadzie działasz w dwóch różnych systemach znaków. Można wiele rzeczy z dużo bardziej rozwiniętej teoretycznej refleksji nad tłumaczeniem AV zaadaptować do pisania teoretycznego o tłumaczeniu komiksów, ale ogólnie trzeba pamiętać o tym, że komiks nie jest medium audiowizualnym, bo gdyby tak było, to trzeba by traktować jego stronę audio jako ułomną, bo oddaną innym systemem znaków niż „słyszalne”, a przecież jest to medium pełnoprawne, w niczym ani nie lepsze, ani nie gorsze od filmu tylko dlatego, że postaci w nich mówiące, nie są dla nas „słyszalne” w taki normalny sposób, bo w głowie przecież słyszymy ich głosy (hehe). Te różnice między mediami przekładają się według mnie na odmienny charakter przekładów, choć na pewno posiadają one punkty styczne.

Jaka jest największa trudność w tłumaczeniu komiksów?

Trochę zasugerowałem to już w poprzednim pytaniu, ale warto dodać jeszcze może konkretniej:

  • żarty oparte na związku słowa i obrazu są skomplikowane, choć to może nie tyle trudne, co raczej stanowi adrenalinę tłumacza, wyzwanie, coś, co go napędza: jak wybrnąć z sytuacji, kiedy obraz ogranicza ci pole działania słownego? Wyobraź sobie idiom, który dosłownie odnosi się do tego, co widać, a po polsku jego utarty odpowiednik zbudowano na zupełnie innych słowach. Jak przetłumaczysz dosłownie, to albo ktoś nie zrozumie (bo tak czasami urok idiomów), albo stwierdzi, że jesteś durniem, bo tłumaczysz dosłownie, a tego przecież się nie robi, bo to błąd początkującego tłumacza. Sporo zapasów z tym miałem (ale nie tylko przy tym) przy tłumaczeniu Krazy Kata (po polsku wyszedł mi Kot Krejzol, tytuł, który wielu zresztą się nie spodobał);
  • przenoszenie zamierzonych niepoprawności językowych: tolerancja redaktorów/korektorów na pozostawianie błędów oryginału w przekładzie jest niewielka; nieważne, jak bardzo dany tekst oryginalny odbiega od poprawnego języka; w komiksach mam wrażenie to dosyć częste zjawisko, że odbiega od normy, dlatego wskazuję je przy tym pytaniu: ten język jest na ogół mówiony, a próbuje się z niego czasami robić bezbłędne wypracowanie z polskiego „na szósteczkę” – np. po polsku każdy wie, że nie jest poprawne zaczynać zdanie od „ale”, ale przecież skoro komiks – w uproszczeniu – opiera się na dialogach, to bez problemu w odbiciu rejestru mówionego można dopuścić zdanie od tego „ale” się zaczynające; podobnie ktoś może mówić szybko, bez przecinków, więc czemu nie zostawić jego wypowiedzi w takiej formie? Jak się ją potnie przecinkami, bo taki urok polskiego, to traci się według mnie rytm, nie oddaje się „intencji” tekstu oryginalnego – to taka ulotna kategoria, którą wyczytałem u Jolanty Kozak w Przekład literacki jako metafora między logos a lexis, a która bardzo działa na moją wyobraźnię tłumaczeniową; podobnie jest często z przekleństwami, które się łagodzi, jak w skeczu młodego Stuhra; na ogół w polskim przekładzie redaktorzy i korektorzy dążą do wersji w 100% poprawnej po polsku; we wspomnianym Kocie Krejzolu znacząco musiałem zredukować celowe błędy oryginału i tylko częściowo przenieść je na wersję polską; główny bohater mówi tam „fonetycznym” angielskim, czymś w rodzaju zmodyfikowanego nowoorleańskiego angielskiego, i część wymyślonych przeze mnie błędów nie przeszła;
  • w zasadzie ten poprzedni punkt należy trochę rozwinąć o gatunek komiksu superbohaterskiego: w oryginale 90% komiksów z tego segmentu to czysta grafomania, która na polski jest przez red./kor. wygładzana; w tym konkretnym gatunku „trudnością” jest też polski fan tego typu komiksu, który śmiertelnie poważnie traktuje swój ulubiony gatunek i jest w stanie wydrapać oczy za najmniejsze przewinienie; to chyba najtrudniejszy segment, w którym zdarzyło mi się tłumaczyć komiksy zarówno ze względu na jego czytelników, którym lepiej się nie narażać (np. próba stylizacji barwnego języka została skwitowana tym, że posługuję się językiem na poziomie „gimbazy” i nie powinienem w ogóle tłumaczyć, skoro „nie umie” po polsku), ale też na pewne uwarunkowania ogólne: np. niemożliwe okazało się wprowadzenie w przekładach czerwonej serii (Superbohaterowie Marvela) innych rozwiązań niż te, które już w komiksie superbohaterskim funkcjonowały… np. bohater (ale też jakakolwiek nazwa własna) przetłumaczony wcześniej na polski musiał już zawsze być tak samo tłumaczony (no i poza błędnym przetłumaczeniem albo mało fortunnym – ja np. bardzo nie lubię Thinga z Fantastycznej Czwórki jak Stwora po polsku, czy też Spidey’a jako Pajączka, ale to pewnie rzecz gustu – zgadzam się z tym; błędy natomiast bym poprawiał, tak jak należałoby to zrobić przy superhuman registration act, który dotyczy w Wojnie Domowej nie tylko superbohaterów, ale w ogóle superludzi – a redaktor poprawiał na „superbohaterów”, bo tak za pierwszym razem ktoś gdzieś stłumaczył), a ten nietłumaczony pozostać nietłumaczony – niezbyt to rozumiem, bo przecież nowa seria kioskowa służyć może też temu, żeby wprowadzić coś nowego (np. mój brat fajnie wymyślił, żeby z Azbest Mana zrobić Azbeściaka, ale nie przeszło; podobnie często używany w oryginałach skrót FF od Fantastic Four zrobiliśmy kiedyś jako F4, żeby łatwiej zmieścić tekst w dymach, ale też nam to ucięto; oryginalny skrót „Cap” od Captain America zrobiłem jako Kap, co niefortunnie brzmi, przyznaję, jak kapiący kran, ale dużo bardziej rozśmieszyło mnie, jak ktoś na jakimś forum używał skrótu oryginalnego Cap, bo to dopiero niesie ze sobą niepożądane skojarzenia);

Wydaje mi się, że w komiksowie trudna jest współpraca z redaktorami, ale nie tylko z powodu tego, co napisałem powyżej, oraz z czytelnikami. Również dlatego, że czasami brakuje czasu na to, żeby z redaktorem popracować na tekście, a nie tylko mu go odesłać do poprawienia i popchnięcia dalej do literowania. Żałuję tego, bo najlepiej by było zawsze dostać tekst z redakcji, podyskutować nad nim, a potem jeszcze zerknąć na pedeefa z wlanymi tekstami, żeby sprawdzić, na ile płynnie się to czyta przenosząc uwagę między rysunkiem, a tekstem. To jednak dzieje się niezwykle rzadko, bo gonią terminy, bo takie mamy czasy: trzeba jak najszybciej coś wyprodukować. A na tym przeglądaniu tłumacz przecież najwięcej się może nauczyć i poprawiać swoje powtarzające się błędy. Z kolei na pośpiechu najwięcej można stracić. No ale np. przy tłumaczeniu superbohaterów jest dokładnie tak, jak przy ich tworzeniu: jeden rysuje ołówkiem, drugi nakłada tusz, trzeci kolory, a czwarty literuje. To taśmowa produkcja i każdy dokłada do niej swoją działkę bez opóźniających produkcję dyskusji. Z drugiej strony, gdyby aż tak dokładnie pracować nad tekstem przekładu, to stawki by musiały być wyższe – wyobraź sobie tłumacza, który sam kilka razy czyta tekst swojego przekładu w pliku edytora tekstowego (ja to robię 2 lub 3 razy), potem po poprawkach reda, potem po poprawkach korekty, a potem po wlaniu tekstu przez liternika. Kiedyś, kiedy miałem na to czas, zawsze przed oddaniem przekładu czytałem go na głos z Kasią Sajdakowską (ona z komiksem przed nosem, ja czytałem na głos przekład), „moją Kasią”, która też jest tłumaczką komiksów (z francuskiego) po godzinach. Bardzo mi to pomagało. Bardzo lubiłem nasze wspólne tłumaczenia, bo też w ten sposób, razem czytając, je sprawdzaliśmy. Tylko że w ten sposób za tę samą stawkę wchodzi się w kompetencje redaktorskie, prawda?

W ogóle pracy redaktora i pracy z redaktorem trzeba się nauczyć, a to cholernie trudne. Trzeba przyjmować czyjeś poprawki na spokojnie. W tłumaczeniach z angielskiego wielokrotnie redaktorka Agata Ostrowska [wywiad z Agatą również znajdziecie na blogu lingwoholik – tutaj >>] poprawiała moje oczywiste błędy tłumaczeniowe (z braku czasu proszę Agatę na ogół, żeby zrobiła mi tylko wypis największych baboli, które akurat zrobiłem) i do tłumaczenia z tego języka najbardziej potrzebuję kogoś, kto po mnie dokładnie sprawdzi (nie dość, że to mój trzeci język tłumaczenia, to jeszcze zdarzają mi się błędy przez podobieństwo słów z hiszpańskiego czy portugalskiego, tacy wredni fałszywi przyjaciele, których z rozpędu się tłumaczy, ale też proste filologiczne błędy przez wieczną pracę w niedoczasie – biorę takie błędy na klatę i próbuję wyciągać z nich wnioski, ale ostatecznie najbardziej wkurzam się na siebie za to, że ktoś płaci spore pieniądze za komiks i przeze mnie dostaje wybrakowany towar). Redaktorzy naprawdę mają świetne sugestie, ale też czasami trudno im wyłączyć w sobie tłumacza (którym także często są – dlatego ja nie znoszę redagować tłumaczeń po tłumaczu, robię to tylko w wyjątkowych okolicznościach) i niestety poprawiają często poprawne tłumaczenie na takie tłumaczenie, jak oni sami by zrobili – według mnie to niedopuszczalne, a czasami w moich przekładach niestety doprowadziło do tego, że redaktor tak usilnie chciał zmienić moje poprawne tłumaczenie na swoją wersję, że ostatecznie zostawiał niedoredagowane zdanie z błędem…

Te trudności w tłumaczeniu komiksów wynikają częściowo z tego, że w środowisku komiksowym nie ma do końca świadomości tego, jak pewne kwestie samego procesu powinny wyglądać. Stąd pospiech, stąd czasami zbyt daleko posunięta ingerencja w pomysły tłumacza, stąd brak koniecznego dialogu.

Dla mnie osobiście trudne jest też to, że tłumaczę cały rok kalendarzowy, a równocześnie w trakcie roku akademickiego przerabiam ze studentami na ogół podobny zestaw przekładoznawczych tekstów teoretycznych. To, co akurat przerabiam, przekłada mi się czasami w sposób nieświadomy na wybierane przeze mnie strategie i techniki przekładu. Wydawało mi się też, że trudno będzie mi się skupić na przekładzie „brudasów”, komiksów ero-porno (Voyeur i Cicca Dum-dum dla Planety Komiksów), ale zachowałem profesjonalizm (hehe).

Na pewno trudną sytuacją dla mnie było, kiedy Non Stop Comics do tłumaczenia komiksów z hiszpańskiego wzięło kogoś innego, po tym jak przetłumaczyłem dla nich dwa komiksy i przeredagowałem Torpedo pod nowe zbiorcze wydanie. Zdarza się, ale poradzenie sobie z tym, że ktoś tłumaczy komiks, który samemu chciało się mieć we własnym CV, jest bardzo trudne, a takie właśnie komiksy ten wydawca potem puszczał (np. Morta Cindera). Najbardziej jednak przeżyłem Mafaldę, którą zrobił Filip Łobodziński, choć dużo wcześniej starałem się o zainteresowanie nią kilku wydawców. Tym bardziej, że widzę, że w kilku paskach zrobiłbym to zupełnie inaczej i w swoim mniemaniu lepiej, ale to ego tłumaczeniowe chyba przemawia przeze mnie (hehe).

Polskie komiksowo lubi się czasem poznęcać nad niefortunnymi zwrotami, śledzisz takie wątki?

Śledzę, bo wiele można się z tego nauczyć o oczekiwaniach czytelników, a tekst przekładu to nie tylko widzimisię tłumacza, ale również przyzwyczajenia projektowanego przez tłumacza czytelnika. Oczywiście trzeba znaleźć w tym złoty środek.

Wiele z takich wątków jasno pokazuje, że ktoś piszący nie ma pojęcia o pracy tłumacza, ale i tak można się z takich dyskusji sporo nauczyć o swoich własnych przeoczeniach i błędach (przysięgam, że jak się dorobię w końcu gabinetu do pracy, a nie biurka wciśniętego w kąt salonu, to wydrukuję sobie te najdziwniejsze błędy, które zrobiłem – np. „choć” zamiast „chodź” w Wolverinie z SBM albo pomyloną w Torpedo onomatopeję śmiechu z onomatopeję przestraszenie się – i powieszę na ścianie). Między innymi Krzysztof Hejwowski mówił, że badaniem błędów należy się zajmować w przekładoznawstwie.

Zawsze czytam recenzje tłumaczonych przez siebie komiksów i szukam tego, co albo bezpośrednio odnosi się do mojej pracy tłumacza, albo pośrednio, kiedy mowa o języku autora, który w pewnym sensie jest przecież językiem tłumacza (STL ma takie fajnie przypinki „Szekspir nie pisał po polsku). Na forach też poczytuję sobie dyskusję i mam wrażenie, że wielu komentujących zapędza się w ferowaniu sądów. To na ogół dotyczy tłumaczeń z angielskiego, gdzie każdy uważa, że zna język lepiej od tego drugiego. I tutaj wielu porównuje z oryginałem, wyłapując błędy i nieścisłości, bo może to zrobić, zapominając czasem, że jedna fraza albo kilka, które mogą budzić wątpliwości, to nie paręnaście tysięcy znaków całego tekstu przekładu. Ale i tak dobrze, że komuś się chce porównać z oryginałem, to pokazuje, jaki my mamy luksus na rynku komiksowym: dyskutujemy o jakości przekładu i papieru użytego do druku, a nie o tym, że mało się u nas wydaje i nie ma co czytać. W takiej dyskusji każdy dokłada kilka rzeczy od siebie i mamy gotowy zbiorowy przekład idealny. A tłumacz na ogół ma redaktora i korektora, łącznie trzy pary oczu a nie tych 10-15 forumowych, które pochylają się nad jego przekładem i wszystko widzą.

Mi się dostało za różne rzeczy, ale poza oczywistymi błędami, potrafię uzasadnić każdą swoją decyzję tłumaczeniową. Podobno gdzieś nie spodobało się aliteracyjne przetłumaczenie przez mnie Krazy Kata jako Kota Krejzola, zgodne zresztą z duchem postaci głównej – ani to kocur, ani kotka, ani nie jest „gópi”, jakby niektórzy chcieli. Czasami bardzo niesłusznie według mnie krytykuje się dosłowne przekładanie idiomów. Skoro po francusku mówisz dosłownie „chudy jak szparag”, to po co zamieniać to na funkcjonalny odpowiednik polski? Skoro po portugalsku mówisz dosłownie „gruby jak borsuk”, to czy polski czytelnik tego nie zrozumie?

Zresztą wypowiadanie się o przekładanych z angielskiego komiksach (najwięcej do tego kontekstu językowego nawiązuję, ale jakoś przy hiszpańskim i portugalskim nie pamiętam w tej chwili nic ciekawszego ze swoich przekładów) też rządzi się swoimi prawami, bo tłumaczom, którzy mają ustaloną markę albo uchodzą za „guru” w pewnym zaklętym kręgu, rzadko się coś wypomina, na przykład to, że w tłumaczonym przez nich komiksie koszykarz NBA „strzelił 20 punktów”, zamiast „rzucić 20 punktów”, albo że w hokeju „skończyła się trzecia kwarta” zamiast „tercji”, albo to, że zostawił błędnie użyte w oryginale „jeny” bez komentarza lub nie poprawił, a akcja komiksu działa się akurat w Wietnamie (choć ten sam tłumacz w innym komiksie w przypisie wyjaśniał, dlaczego pozostawił błędnie użyte słowo „telekineza” zamiast „teleportacja”, bo autorowi, Stanowi Lee, myliły się te dwie rzeczy). Ale jedna rzecz to oczywiste błędy (biorą się z pośpiechu, zmęczenia, przeoczenia, niedouczenia albo kombinacji tych czynników, i czasami lepiej się z nich po prostu pośmiać, a nie spinać), a druga tłumaczeniowa inwencja. Jeśli tłumacz próbuje coś zaryzykować, wyjść poza schemat przyzwyczajeń odbiorcy, to raczej na pewno dostanie czytelniczą kontrę. Stara zasada mówi, że należy tłumaczyć tak, żeby dobrze się czytało. Tylko co, jeśli oryginał czyta się źle?

A jak wygląda rynek tłumaczeń komiksowych w innych krajach, np. Hiszpania, Portugalia? U nas to raczej mocno niszowa kariera, chociaż wydaje się coraz więcej komiksów (a może właśnie już widać większe zapotrzebowanie na takich specjalistów? Wydawnictwa biją się o Was?)

Nic konkretnego chyba na ten temat nie powiem. W Portugalii tłumaczeniem komiksów czasami zajmują się ludzie po prostu związani ze środowiskiem komiksowym. Na przykład mój dobry znajomy, Pedro Moura, który podobnie jak ja głównie pracuje akademicko i popularyzując komiks (np. poprzez wystawy, poprzez sklep-galerię w Lizbonie, którą prowadzi, czy ostatnio poprzez wydawnictwo założone wspólnie z Filipe Abranchesem, portugalskim komiksiarzem), ale także pisze scenariusze komiksowe, od czasu do czasu tłumaczy komiksy z angielskiego. Wydaje mi się, że jego przypadek jest symptomatyczny: tam coś takiego jak zawód „tłumacz komiksów” nie istnieje. Są raczej osoby, które obok jakiejś tam działalności innej, także tłumaczą komiksy, albo są tłumaczami i obok czegoś innego także tłumaczą komiksy.

W Polsce też tak jest. W Egmoncie masz kilka osób, które zajmują się przekładem, ale często są też redaktorami tomu, serii, redaktorami prowadzącymi. Komiksy tłumaczy Paulina Braiter, ale przecież nie tylko komiksy. Marek Starosta tłumaczy dużo komiksów, ale jego romans z akademią chyba nadal trwa. Bartosz Sztybor tłumaczy, ale poza tym pisze scenariusze, jest twórcą komiksowym i nie tylko. Wojtek Birek, który ma pewnie na koncie w tej chwili już około 500 przetłumaczonych komiksów z francuskiego, jest etatowym pracownikiem Uniwersytetu Rzeszowskiego (zresztą niedawno w końcu nawet zrobił habilitację – przy okazji: gratulacje!). Robert Lipski tłumaczył poza komiksami m.in. Stephena Kinga. Radek Bolałek jest wydawcą, napisał pracę o przekładzie mangi, tłumaczy mangę dla swojego Hanami. Długo by można wymieniać. Sądzę, że może i niektórzy tłumacze daliby radę utrzymywać się tylko z tłumaczenia komiksów, ale w naturze wielu z nich to nie leży, bo albo można tłumaczyć coś więcej, nie tylko komiksy, albo pracują oni w jakiejś roli przy popularyzacji komiksu. A przecież już samo tłumaczenie komiksów też jest swoistym rodzajem popularyzacji tego medium

Jakub Jankowski o sobie:

Jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym w Instytucie Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczę głównie komiksy: z portugalskiego, hiszpańskiego i angielskiego. „Dziennikarzyłem” komiksowo w serwisie Poltergeist, na blogu pRzYpAdKiEm oraz w Kwartalniku Kultury Komiksowej Ziniol, a teraz pisuję czasami recenzje dla Zeszytów Komiksowych. Jestem członkiem Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego (od 2009), zwycięzcą pierwszej edycji nagrody im. dr. Tomasza Marciniaka (za tekst naukowy o komiksie), pomysłodawcą i organizatorem paneli translatologicznych podczas Festiwalu Komiksowa Warszawa (kontynuowanych ostatnio w innej formie przez innych ludzi). Przygotowuję książkę o teorii i praktyce przekładu komiksu i staram się mówić o komiksie na większości konferencji naukowych, w których biorę udział. Niedawno bardzo zaprzyjaźniłem się z pewnym psem ze schroniska, którego uwielbiam tak samo jak horrory, piłkę nożną, rower i snowboard. No i komiksy.

 

(Visited 2 503 times, 1 visits today)